W marcu bieżącego roku przedstawiciele Lewicy złożyli w parlamencie projekt nowelizacji ustawy o podatkach i opłatach lokalnych, do którego w czerwcu dodano autopoprawkę. Według oficjalnego uzasadnienia celem nowych przepisów ma być ograniczenie nieefektywnego wykorzystywania zasobów lokalowych oraz ułatwienie dostępu do własnego kąta osobom o niższych dochodach. Zamiast tradycyjnych stawek posłowie chcą wprowadzić system progresywny. Wysokość daniny zależałaby od liczby posiadanych budynków jednorodzinnych lub lokali mieszkalnych
Katarzyna Kuniewicz w wypowiedzi dla portalu Money.pl zwraca uwagę na niespotykaną do tej pory w polskim systemie konstrukcję proponowanej stawki. Zgodnie z założeniami wartość nieruchomości nie byłaby ustalana rynkowo, lecz na podstawie wskaźnika przeliczeniowego kosztu odtworzenia jednego metra kwadratowego. Docelowo wycena miałaby opierać się na danych z planowanego rządowego portalu DOM. Posiadanie pierwszego i drugiego mieszkania wiązałoby się z symboliczną opłatą rzędu 0,02 proc. wartości odtworzeniowej.
Prawdziwa rewolucja dotknęłaby właścicieli trzeciego lokalu, niezależnie od tego, czy został on kupiony, czy odziedziczony. Ekspertka wylicza, że w takim przypadku następuje gwałtowny wzrost stawki do 0,5 proc. Na przykładzie przeciętnego mieszkania w stolicy oznaczałoby to zmianę rocznego zobowiązania z nieco ponad stu złotych do ponad trzech tysięcy złotych. Osoby chcące śledzić bieżącą sytuację podażową mogą weryfikować aktualne oferty sprzedaży mieszkań, które regularnie aktualizuje serwis Domiporta.pl. Co więcej, z każdym kolejnym rokiem posiadania trzeciej nieruchomości podatek rósłby o ułamek punktu procentowego. Mógłby zatem w ciągu dekady osiągnąć maksymalny pułap 1,5 proc. wartości.
Projektodawcom zarzuca się przyjęcie perspektywy skupionej wyłącznie na dużych aglomeracjach. Zrównanie domów jednorodzinnych z mieszkaniami pomija specyfikę mniejszych miejscowości, gdzie budownictwo indywidualne rozwija się najprężniej. Dodatkowo nowe prawo zawiera wyłączenia, które mogą przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Niską stawką bazową nadal byłyby objęte lokale w budynkach posiadających schrony lub charakteryzujące się wysoką efektywnością energetyczną.
Taka konstrukcja przepisów mogłaby zachęcić inwestorów do masowego kupowania mieszkań od deweloperów i windować ceny. Warto również zwrócić uwagę na rynek pierwotny, gdzie wciąż pojawiają się nowe inwestycje deweloperskie, co według danych Domiporta.pl, jest kluczowym wskaźnikiem kondycji całej branży budowlanej. Przepisy nie uderzyłyby również w osoby handlujące mieszkaniami w krótkim czasie, o ile w danym momencie nie posiadałyby one więcej niż dwóch lokali na własność.
Zasadniczym pytaniem pozostaje wpływ ewentualnego spadku cen na sektor finansowy. Katarzyna Kuniewicz zauważa, że gdyby scenariusz autorów ustawy się ziścił, a wartość nieruchomości spadłaby w krótkim czasie, banki mogłyby zażądać od niedawnych nabywców dodatkowego zabezpieczenia zaciągniętych kredytów hipotecznych. Zwiększona podaż mieszkań nie rozwiąże bowiem fundamentalnego problemu, jakim dla wielu obywateli pozostają zbyt niskie dochody w relacji do rynkowych kosztów zakupu własnego M.
