Czy dramat frankowiczów może się powtórzyć? Tak! I to z kredytami złotowymi. Uważajcie

Spory frankowiczów z bankami ciągną się do dzisiaj. Linią obrony kredytobiorców jest fakt, że banki ich nie ostrzegły przez wahaniami walut. Za parę lat sytuacja się powtórzy, gdy urosną raty obecnie przyznawanych kredytów. A jest to pewne. Sytuacja się powtórzy?

Uczymy się na błędach. Obserwując to jakim zainteresowaniem cieszą się obecnie kredyty mieszkaniowe, można dojść do wniosku, że jednak niekoniecznie. Bo choć kredyty brane w złotych są bezpieczniejsze, to jednak za parę miesięcy rynek finansowy może powiedzieć "sprawdzam".

We frankach miało być tak dobrze

Wydaje się, że konsumenci decydujący się obecnie na kredyt to dużo bardziej świadomi klienci, niż frankowicze sprzed dekady. Ale czy na pewno? Przypomnijmy ich losy sprzed paru lat. Kredytobiorcy kredytów frankowych na przełomie 2006-2009 roku często decydowali się na tę walutę, uważając ją za bezpieczną przystań.

Ponadto sytuacja na rynku mieszkaniowym również nastrajała inwestorów optymistycznie na przyszłość. Słynne słowa jednego z analityków nieruchomości - taniej już nie będzie - przeszły do języka potocznego. Nieruchomości miały wówczas jedynie drożeć, kredyty frankowe być tanie w spłacie, a banki udzielały kredytowania nawet na 120 procent wartości nieruchomości. Bajka. 

Niestety. Po kilku latach gigantycznej hossy na rynku nieruchomości kurs franka poszybował w górę, co sprawiło, że raty kredytów frankowych znacznie urosły dla kilkusettysięcznej rzeszy klientów banków. Część z nich nie była w stanie spłacać tak wysokich rat, to właśnie ci ludzie wchodzą w spory z bankami ws. kredytów frankowych. 

W złotówkach będzie lepiej?

Polacy więc obecnie rzadko zaciągają zobowiązania finansowe w obcych walutach, pamiętając sytuację sprzed niemal dekady i wybierają kredyty złotówkowe. Mimo pandemii i ostrzeżeń analityków ekonomicznych Polacy rzucili się na zakupy nieruchomości, czemu sprzyjają niskie stopy procentowe i świadomość, że nieruchomości będą tylko drożeć. 

W I półroczu br. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 132,3 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 41 mld zł. To wzrost o 23 procent, licząc rok do roku. Problem w tym, że od pięciu lat zaciągnięcie kredytu jest rekordowo tanie. Wszystko z powodu niskich stóp procentowych. Te zostały w zeszłym roku obniżone do zaledwie 0,1 procenta. 

To usypia czujność kredytobiorcy, a powinien mieć świadomość, że np. dekadę temu stopy procentowe wynosiły 4,5 proc. natomiast dwie dekady temu aż 18 proc.! Biorąc pod uwagę fakt, że często kredyt zawiera się na ok. 30 lat. Zmiany stóp procentowych są niemal nieuniknione i za każdym razem wpłyną one na wysokość rat. 

Innym powodem do niepokojów powinna być rosnąca inflacja. Która będzie wymuszać na bankach centralnych podnoszenie stóp procentowych. A co gorsza, banki też wyciągnęły naukę po poprzednim kryzysie bankowym. Z jednej strony jest wymagany wkład własny, a bank za każdym razem bardzo skrupulatnie prześwietla finanse kredytobiorcy. Z drugiej strony, w momencie podpisywania umowy kredytowej, kredytobiorca najczęściej musi podpisać oświadczenie o świadomości ponoszenia ryzyka stopy procentowej.

Wszystkich tych zmian cen raty kredytu, których powodem byłoby zwiększenie stóp procentowych, nie będzie można już zaskarżyć i udawać nieświadomego.

- Utrwalone przez długie lata przyzwyczajenie do jedynie spadającej ceny kredytu może mieć duże konsekwencje dla domowych budżetów, jeśli trend się odwróci. I nie powinno usypiać rozsądku kredytobiorców, bo w końcu to oni będą spłacać zobowiązania i lepiej, aby wzięli poprawkę na ewentualny wzrost kosztów, a nie stawiali jedynie na optymistyczne dla siebie scenariusze - pisze w materiale opublikowanym na biznes.interia.pl Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj. 

Źródło: biznes.interia.pl