Włodarze wielu europejskich miast przez lata traktowali masową turystykę jako bilet do gospodarczego eldorado. W Krakowie, który stał się jednym z najpopularniejszych kierunków na kontynencie, ten model rozwoju zaczyna jednak zjadać własny ogon. Z najnowszych szacunków Małopolskiej Organizacji Turystycznej wynika, że odwiedzający wydają pod Wawelem imponującą kwotę 15,4 mld zł rocznie. Problem polega na tym, że ta astronomiczna suma to w dużej mierze księgowa iluzja, która nie przekłada się na realne bogactwo miejskiej kasy.
Dane o miliardowych przychodach opierają się wyłącznie na deklaracjach ankietowanych turystów, a nie na twardych danych z paragonów czy systemów podatkowych. Co więcej, w ekonomii turystyki funkcjonuje zjawisko tzw. wycieku kapitału. Jak wskazuje w swojej analizie Karol Wałachowski znaczna część z owych 15 miliardów złotych nigdy nie zasila lokalnego krwioobiegu gospodarczego – trafia na konta zagranicznych linii lotniczych oraz globalnych platform rezerwacyjnych, takich jak Booking.com czy Airbnb. Zyski, które faktycznie zostają w mieście, prywatyzuje wąska grupa właścicieli hoteli i apartamentów, podczas gdy koszty obsługi 16-milionowego tłumu są uspołeczniane i przerzucane na barki krakowskich podatników.
Mitem jest również twierdzenie, że turystyka to główny motor napędowy krakowskiego rynku pracy. Jak pokazują statystyki, branża ta daje zatrudnienie najwyżej 20 tysiącom osób, co stanowi zaledwie 5 proc. wszystkich pracujących w mieście. Dla porównania, w nowoczesnych centrach usług dla biznesu (BPO/SSC) pracuje aż 110 tys. specjalistów, a przemysł i edukacja zatrudniają łącznie 75 tys. krakowian.
Co gorsza, praca w sektorze turystycznym to gwarancja niskich zarobków. O ile w skali Unii Europejskiej pensje w tej branży są średnio o 20 proc. niższe niż w innych sektorach gospodarki, o tyle w Krakowie ta luka płacowa wynosi dramatyczne 45,9 proc. Wynika to z faktu, że obsługa ruchu turystycznego generuje głównie proste, niskopłatne miejsca pracy, które nie wymagają wysokich kwalifikacji i nie stymulują innowacyjności regionu.
.
Obsługa tak potężnej rzeszy odwiedzających generuje gigantyczne koszty operacyjne dla samorządu. Wzmożony wywóz śmieci, dodatkowe patrole straży miejskiej, częstsze interwencje pogotowia ratunkowego oraz przyspieszone zużycie infrastruktury drogowej i komunalnej to rachunek, który co miesiąc opłacają krakowianie. Paradoksem jest fakt, że krakowski magistrat nigdy nie przeprowadził rzetelnego audytu, który zestawiłby szacowane przychody z realnymi wydatkami na utrzymanie turystycznej machiny.
Eksperci i ekonomiści miejscy są zgodni, że model oparty na masowości wyczerpał się i wymaga natychmiastowych regulacji. Pierwszym krokiem powinno być drastyczne podniesienie opłaty turystycznej. Obecnie proponowane przez rząd stawki rzędu kilku złotych są niewystarczające – opłata powinna wynosić co najmniej kilkanaście złotych za noc, stanowiąc realną rekompensatę za korzystanie z miejskich usług publicznych. Kolejnym absurdem, który wymaga natychmiastowego wstrzymania, jest pompowanie publicznych milionów w kampanie promujące miasto, które i tak pęka w szwach.
Najważniejszym wyzwaniem pozostaje jednak ujarzmienie rynku najmu krótkoterminowego. Wzorem innych europejskich metropolii, polskie samorządy potrzebują narzędzi ustawowych do wyznaczania stref wolnych od "dobówek". Przypomnijmy, że z problemem overtourismu (nadmiernej turystyki) radykalnie walczy już m.in. Barcelona, która zapowiedziała całkowite wygaszenie licencji na mieszkania turystyczne do końca 2028 roku.
Czytaj też: Dla niektórych hiszpański sen o mieszkaniu zmienia się w koszmar. Oto powody.