Wizja domu samowystarczalnego energetycznie, w którym rachunki za prąd i ogrzewanie niemal nie istnieją, przyciągnęła w ostatnich latach tysiące Polaków. Skuszeni obietnicami handlowców, decydowali się na montaż paneli fotowoltaicznych, pomp ciepła i magazynów energii, często finansując te inwestycje wysokimi kredytami.
Rzeczywistość dla wielu rodzin okazała się jednak brutalna. Zamiast zapowiadanych oszczędności, zmagają się one z drastycznym wzrostem kosztów utrzymania nieruchomości oraz koniecznością spłaty zobowiązań, które przekraczają ich możliwości finansowe. Jak opisuje redakcja interwencja.polsatnews.pl, kilka rodzin oskarża jedną z firm o wprowadzenie w błąd i doprowadzenie do sytuacji, w której ich domy pozostają niedogrzane, a konta bankowe świecą pustkami.
Jedną z osób, które zaufały zapewnieniom o nowoczesnym i tanim ogrzewaniu, jest prawie 80-letnia pani Maria z Mikołajek Pomorskich. Pięć lat temu, wraz z mężem, zdecydowała się na montaż pierwszej instalacji fotowoltaicznej. Mechanizm sprzedaży był klasyczny dla tego segmentu rynku – bezpośredni kontakt z klientem w jego miejscu zamieszkania.
– Chodzili panowie od domu do domu i przekonywali, że będziemy mało płacić, że możemy sobie ogrzać z tego dom, wszystkie inne urządzenia włączyć – relacjonuje seniorka w rozmowie z dziennikarzami „Interwencji”. Początkowo wydawało się, że inwestycja ma sens, a rachunki rzeczywiście uległy obniżeniu. Problemy zaczęły się jednak w momencie, gdy system został rozbudowany o pompę ciepła, która miała stać się głównym źródłem ogrzewania budynku.
Kolejne inwestycje, zamiast poprawić sytuację, tylko ją pogorszyły. Rodzina z Mikołajek Pomorskich zdecydowała się na dokupienie dodatkowych paneli oraz magazynu energii, co wiązało się z wydatkiem rzędu 86 tys. zł. Łączny koszt wszystkich modernizacji w ich gospodarstwie domowym sięgnął około 150 tys. zł. Efekt ekonomiczny był jednak odwrotny do zamierzonego przez inwestorów.
Pani Maria wylicza, że opłaty za energię drastycznie wzrosły, osiągając w pewnym momencie poziom 7,5 tys. zł za okres dwóch miesięcy. Ostatnia faktura, którą otrzymała rodzina, opiewała na kwotę 2669,99 zł. To sumy, które dla emerytów są niemożliwe do udźwignięcia przy jednoczesnej spłacie rat kredytowych zaciągniętych na poczet modernizacji.
Eksperci i bliscy poszkodowanych wskazują na błędy techniczne, które mogły leżeć u podstaw porażki całego systemu. Syn pani Marii, pan Adam, w materiale Polsat News zwraca uwagę na ewidentne niedopasowanie parametrów poszczególnych urządzeń. Jego zdaniem, zainstalowany magazyn energii o pojemności 5 kW jest zbyt mały w stosunku do zapotrzebowania pompy ciepła o mocy 9 kW.
– To jest magazyn 5 kW, a sama pompa jest 9 kW, czyli tak naprawdę nawet magazyn nie wystarczy na godzinę pracy pompy – tłumaczy pan Adam. Taka dysproporcja sprawia, że system nie jest w stanie efektywnie zarządzać wyprodukowaną energią, co zmusza gospodarstwo domowe do pobierania drogiego prądu z sieci w okresach największego zapotrzebowania na ciepło.
Sytuacja rodzin jest o tyle trudna, że decydując się na nowoczesne rozwiązania, często pozbawiały się one dotychczasowych, sprawdzonych źródeł ciepła. W wielu przypadkach był to warunek konieczny do uzyskania dofinansowania lub element strategii sprzedażowej firmy instalatorskiej. Pani Maria przyznaje, że musiała zdemontować dawny piec, co w obliczu niewydolności pompy ciepła i wysokich kosztów prądu, zostawiło rodzinę w dramatycznym położeniu.
– Teraz nie mamy w czym palić – mówi seniorka dla „Interwencji”. W efekcie, w mroźne dni rodzina zmuszona jest do dogrzewania się kominkiem, który stał się jedynym sposobem na utrzymanie znośnej temperatury w pomieszczeniach. Zamiast zautomatyzowanego, bezobsługowego systemu, seniorzy spędzają czas, siedząc przy ogniu i licząc narastające długi.
Firma odpowiedzialna za instalacje odpiera zarzuty, sugerując, że problemy mogą wynikać z wadliwie dobranej lub niesprawnej pompy ciepła, a same prace montażowe zostały wykonane zgodnie z zawartymi umowami. Takie stanowisko stawia klientów w niezwykle trudnej sytuacji procesowej, o czym wspomina radca prawny Janusz Krakowiak.
Prawnik podkreśla w materiale Polsat News, że dochodzenie roszczeń w takich sprawach jest procesem żmudnym i skomplikowanym. Kluczowe jest wykazanie, że przy zawieraniu umowy doszło do błędu lub celowego wprowadzenia w błąd, co w przypadku ustnych zapewnień handlowców jest niemal niemożliwe do udowodnienia. – To jest sytuacja, w której mamy słowo przeciwko słowu – wyjaśnia mecenas Krakowiak.
Historia pani Marii nie jest odosobnionym przypadkiem. Reportaż „Interwencji” przytacza losy innych osób, które czują się oszukane przez ten sam mechanizm sprzedaży. Pani Czesława Tobolewska z okolic Torunia zaciągnęła na poczet inwestycji 32 tys. zł kredytu. Choć ostatecznie zdecydowała się odstąpić od umowy, proces odzyskiwania pieniędzy trwał rok, co wiązało się z ogromnym stresem i niepewnością finansową.