Wykup mieszkań ruszył ale lokatorzy poczekają

Ledwie ruszył wykup mieszkań lokatorskich na nowych zasadach, a już są kłopoty. Na łódzkim osiedlu Widzew lokatorzy na razie właścicielami nie zostaną.

Wczoraj weszła w życie długo oczekiwana ustawa umożliwiająca wykup mieszkań spółdzielczych za grosze. Warunkiem jest spłacenie dotacji lub starego kredytu. Ponieważ chodzi o nominalną kwotę, są to koszty niewielkie, np. jeśli państwo w latach 70. dopłaciło do naszego mieszkania 100 tysięcy ówczesnych złotych, to zapłacić dziś (po denominacji) musimy 10 złotych.

Sprawa wydaje się prosta, ale nie w Łodzi. Lokatorzy gigantycznej (blisko 8 tysięcy mieszkań) Spółdzielni Mieszkaniowej im. Stefana Batorego na łódzkim Widzewie, którzy złożyli wnioski o wykup mieszkań, dostali pisma, z których wynika, że mogą o wykupie zapomnieć.

- Poprosiłem o wyodrębnienie prawa własności i wyliczenie, ile mam zapłacić spółdzielni za moje M-4 - opowiada Zdzisław Orendowicz, mieszkaniec ulicy Bartóka (64 m kw.). - Zrobiłem tak, jak radziliście w "Gazecie", i złożyłem wniosek.

Orendowicz błyskawicznie dostał odpowiedź. Prezes spółdzielni Włodzimierz Zajączkowski odpisał, że spółdzielnia nie wie, jakie były koszty budowy mieszkania, i żadnej kwoty nie poda.

Dlaczego spółdzielnia nie wie? Haczyk zastosowany przez władze spółdzielni jest bardzo prosty. Podobno zaginęły jej dokumenty. "Nasza spółdzielnia powstała w wyniku podziału RSM Bawełna, która w latach 70. była inwestorem bezpośrednim osiedla Widzew-Wschód" - odpisał prezes Zajączkowski. I dalej: "Po likwidacji spółdzielni nie zostały zachowane dokumenty źródłowe umożliwiające podanie żądanych przez Państwa danych dotyczących pierwotnego rozliczenia kosztów budowy lokalu mieszkalnego".

A bez wyliczonej kwoty nie można mieszkania wykupić, bo nie wiadomo za ile. Podobny los jak Orendowicza czeka 1500 lokatorów Batorego, którzy już złożyli wnioski w spółdzielni. Kolejny tysiąc złoży je lada dzień. Wszyscy dostaną podobną odpowiedź.

- Moim zdaniem władze czekają na ewentualne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który może zakwestionować ustawę - mówią lokatorzy, którzy już dostali odmowne pisma i zadzwonili do nas.

Zarząd spółdzielni twierdzi jednak, że wszystko jest w porządku. - Nie ma dokumentów, więc nie wiemy, jak to wyliczyć - tłumaczy "Gazecie" Katarzyna Pankiewicz, wiceprezes Batorego. - Wiemy, jakie były wkłady własne naszych członków za mieszkania, ale tu też nie mamy kompletnych danych. Nic na to nie poradzimy. Postaramy się te dane jakoś wyliczyć, ale to potrwa. Ile? Nie mam pojęcia. Lokatorzy muszą poczekać.