Jak się mieszka w Islandii?

Lodowce przygniatają islandzkie wulkany, a góra długów - gospodarstwa domowe. Islandczycy należą do najbardziej zadłużonych na świecie. A wszystko przez dążenie do posiadania własnej nieruchomości.
Kto zahaczy o jedno ze spokojnych przedmieść Reykjaviku, Akureyri czy mniejszych miast Islandii, ten może niczego nie zauważyć. Parterowe domy lub kilkupiętrowe bloki są schludne, ich białe ściany uspokajają, a na podjazdach parkują samochody terenowe. Pod tą sielankową powierzchownością kryje się jednak poważny problem: dług.

Dwa razy ponad średnią europejską

Opublikowane wiosną 2012 r. przez islandzki bank centralny dane pokazują, jakim kosztem powstały te wszystkie nowe osiedla: przeciętne gospodarstwo domowe jest w tym kraju zadłużone na 230 proc. rocznych dochodów. To ponad dwa razy tyle, ile wynosi średnia dla Unii Europejskiej.

Z innego badania można dowiedzieć się, że aż jedna czwarta islandzkich gospodarstw domowych ma dług przekraczający pięciokrotność rocznych dochodów. A około 12 proc. wydaje na spłatę zobowiązań kredytowych ponad połowę tego, co zarobi. Majątek wielu rodzin jest niższy niż ich zadłużenie.

Niezależność, deregulacja, krach

Prasa islandzka ilustruje skalę problemu wymownym przykładem: dom, który w 2010 roku wyceniono na 77 mln koron (około 600 tys. dolarów) jest obciążony hipoteką o wartości 516 mln koron (4 mln dolarów). Jak do tego doszło?

Przyczyn jest wiele. Niektórzy mogą wskazywać, że u źródła problemu leży odwieczne dążenie mieszkańców Islandii do niezależności i posiadania własnego majątku. W końcu państwo zostało założone (wprawdzie ponad 1100 lat temu) przez wikingów, którzy uciekli przed coraz potężniejszym królem Norwegii Haraldem Pięknowłosym. Tyle tylko, że niezależność dawnych Islandczyków oznaczała także brak długów. To dlatego bohater jednej z najważniejszych powieści islandzkich, Niezależnych Halldóra Laxnessa, dążył do realizacji swojego celu, czyli budowy domu, wszystkimi środkami, poza pożyczką.

Boom, któremu trudno się oprzeć

Żyjący pod koniec dwudziestego wieku Islandczycy nie mieli takich oporów. Kiedy tylko pojawiła się taka możliwość (a pojawiła się w 2001 roku po deregulacji sektora bankowego) rzucili się na kredyty hipoteczne. Gdyby tylko na tym poprzestali, problem nie byłby może aż tak duży. Jednak Islandczycy dali się skusić bankierom, którzy zaoferowali im dwa rodzaje pożyczek: indeksowane do inflacji kredyty o zmiennym oprocentowaniu i kredyty denominowane w walutach. Koszty pozyskania pieniędzy na nowy dom spadły, zaczął się budowlany boom.

Więcej mieszkań, wyższe ceny

O jego rozmiarze mogą świadczyć dane dotyczące nowych domów i mieszkań. Jeszcze w latach osiemdziesiątych rocznie powstawało ich około 2 tys. W rekordowym, 2007 roku, oddano do użytku ponad 3,3 tys. mieszkań (dla porównania, gdyby rzecz działa się w Polsce, odpowiadałoby to liczbie 400 tys. lokali rocznie). W 2011 roku wybudowano jedynie 565 mieszkań. Rosły także ceny. W ciągu dziewięciu lat dzielących rok 2000 i 2009 ceny nieruchomości zwiększyły 3,5-krotnie.

Pod czapą zadłużenia

Kiedy w wyspę uderzyła burza światowego kryzysu gospodarczego, wszystko poszło w rozsypkę. Inflacja skoczyła do kilkudziesięciu procent (od 2007 roku ceny wzrosły na Islandii dwukrotnie), a wartość korony spadła o połowę. Ci, którzy mieli kredyty indeksowane do wskaźnika inflacji musieli obsługiwać wielokrotnie droższy dług. Ci, którzy mieli kredyty w walutach obcych, musieli spłacać dwa razy więcej, niż pożyczyli (plus koszty długu). Nad jasnymi do tej pory przedmieściami, równo ustawionymi domkami i blokami zapadła prawdziwa polarna noc. Noc, która nadal trwa.

Wynajem, na który nikogo nie stać

Po szaleństwie kupowania na kredyt Islandczycy zwrócili się w stronę rynku wynajmu. Tyle, że ten istniał w szczątkowej formie. Według danych Eurostatu na Islandii własny dom lub mieszkanie ma około 80 proc. gospodarstw domowych. To jeden z najwyższych wskaźników w Europie. Ponieważ mieszkań na wynajem było mało, stawki czynszu poszły do góry. W ciągu dwunastu miesięcy dzielących styczeń 2011 roku i 2012 roku - o 10 proc. Nie zmieniła tego nawet polityka państwowego funduszu pożyczkowego, "b nalánasjónur, który przejęte za długi mieszkania wynajmuje (także tym samym ludziom, którzy je stracili). Takich przejętych mieszkań jest 1750. To tak, jakby w Polsce państwowy fundusz zarządzał 200 tys. nieruchomości.

Domy własne, wcale nie ciasne

Trzeba przy tym pamiętać, że Islandczycy wciąż żyją bardzo wygodnie. Ponad 58 proc. z nich mieszka w lokalach, w których liczba pokoi jest większa niż cztery. Jedynie 2,2 proc. ma do dyspozycji kawalerki lub pokój z kuchnią. Na tysiąc mieszkańców przypada 409 mieszkań.

Około połowy mieszkańców Islandii żyje w domach, mniej więcej tyle samo - w mieszkaniach w blokach. Gdyby nie długi, kraj nie miałby w ogóle problemu mieszkaniowego. To nie te czasy, gdy Islandczycy budowali torfowe domy o grubych murach i dachach porośniętych trawą.

Kolejny wybuch nadciąga?

W czasie, gdy mieszkańcy spokojnych przedmieść próbują jakoś pospłacać ogromne długi, na islandzkim rynku nieruchomości pęcznieje kolejna bańka. W 2011 roku ceny wzrosły tam najwięcej ze wszystkich krajów europejskich. Wzrost cen przekroczył 10 proc.

To między innymi efekt drakońskich ograniczeń w swobodzie przepływu kapitału, który islandzki bank centralny wprowadził w celu obrony kursu korony. Islandczycy, nie mogąc kupować walut i szukając bezpiecznej przystani, lokują pieniądze w nieruchomościach. Ponieważ rynek jest bardzo mały, ceny rosną. Bjartur Halldóra nie stał się szczęśliwszym człowiekiem po wybudowaniu domu. Wielu Islandczyków, którzy kupili nieruchomości na kredyt, zapewne również nie.

Zobacz oferty domów na sprzedaż za granicą, na Domiporta.pl

Więcej o: