Max Lokata lepsza od książeczki mieszkaniowej

Co mają robić ci, którzy zaczęli oszczędzać na książeczce mieszkaniowej PKO BP, a teraz plują sobie w brodę?
W latach 90. wydawało się, że idea oszczędzania na książeczkach umarła wraz z poprzednim ustrojem, ale PKO BP reanimował ją w połowie 2002 r. Okazało się, że są setki tysięcy chętnych. Tylko w ubiegłym roku książeczkę założyło 240 tys. osób.

Bank kusi klientów zwolnieniem od podatku od odsetek zwanego podatkiem Belki, a także rynkowym oprocentowaniem, które w zależności od długości umowy o oszczędzaniu (od roku do pięciu lat) wynosi od 2,7 do 3,4 proc.

Do poprzedniego poniedziałku było więc ono nawet trochę korzystniejsze od zwykłej lokaty rocznej w tym banku, oprocentowanej na 2,5-3 proc. Sytuacja się zmieniła, bo PKO BP zaproponował swoim klientom Max Lokatę oficjalnie na 6 proc. (w rzeczywistości nieco mniej, bo odsetki od wpłaconych dziś pieniędzy będą naliczane dopiero od 18 marca).

Posiadacze książeczek nie mogą jednak wyjąć z nich swoich oszczędności, aby wpłacić je na wyżej oprocentowany rachunek. Ci, którzy założyli nowe książeczki i zdecydowali się na kilkuletnie umowy, muszą przez ten czas wpłacać zadeklarowaną kwotę (co miesiąc minimum 200 zł), bo w przypadku rezygnacji wszystkie dotychczasowe wpłaty będą oprocentowane jak na rachunku a vista, czyli 0,1 proc. A do tego opodatkowane.

Z kolei w przypadku 1,5 mln starych książeczek (założonych przed 24 października 1990 r.) ich likwidacja oznaczałaby rezygnację z budżetowej premii gwarancyjnej. Przynajmniej częściowo rekompensuje ona oszczędzającym spadek wartości ich wkładów z lat 70. i 80.

Dodajmy, że oszczędności z książeczki nie mogą być wydane na inny cel niż mieszkaniowy. Co zatem mają zrobić ci ich posiadacze, którzy nie planują budowy bądź zakupu mieszkania? Wkłady tych, którzy przestali oszczędzać, są praktycznie nieoprocentowane. Ale bez premii gwarancyjnej, która wynosi przeciętnie kilka tysięcy złotych, książeczki nie opłaca się likwidować.

Lepszym rozwiązaniem jest jej scedowanie na kogoś z rodziny, kto właśnie planuje taką inwestycję. Warunki umowy stanowią, że "książeczka może być przedmiotem przekazania praw do wkładu pomiędzy: małżonkami (również rozwiedzionymi), rodzicami i dziećmi (również przysposobionymi), dziadkami i wnukami, rodzeństwem rodzonym i przyrodnim, pomiędzy powinowatymi (macochą lub ojczymem i pasierbami)". To daje spore możliwości, bo możliwy jest łańcuszek cesji.

Można też poczekać na zmianę przepisów. Rząd przygotowuje właśnie projekt ustawy, która umożliwi sięgnięcie po premię na remont mieszkania lub domu, choć pod warunkiem, że koszty nie będą niższe od wartości wkładu na książeczce mieszkaniowej wraz z premią gwarancyjną.

Ponadto w Sejmie jest projekt ustawy ("o zmianie niektórych ustaw dotyczących procesu inwestycyjnego w budownictwie mieszkaniowym") przygotowany przez posłów PiS, który umożliwiłby posiadaczom książeczek wcześniejsze sięgnięcie po premię. Problem w tym, że banki na ogół odprawiają z kwitkiem klientów o stosunkowo niskich dochodach, którzy nie są w stanie sfinansować części kosztów zakupu mieszkania. Takim wkładem własnym, który umożliwiłby zaciągnięcie kredytu, byłaby wypłacona wcześniej premia.

A czy PKO BP podniesie oprocentowanie oszczędności na książeczkach? Rzecznik prasowy tego banku Tomasz Fill przyznaje, że na razie nie ma takiego planu. I radzi potraktować Max Lokatę jako jednorazową promocję.