Islandia odnawialna

Islandia to kraj-fenomen. Nie dość, że energia elektryczna jest tam najtańsza w Europie, to jeszcze w całości pochodzi ze źródeł odnawialnych.
Po co spalać importowany i zanieczyszczający środowisko węgiel, skoro można korzystać z pary wodnej pochodzącej z wnętrza ziemi? Na Islandii jest to pytanie retoryczne. 20 proc. krajowej elektryczności pochodzi ze źródeł geotermalnych. Cała reszta powstaje w hydroelektrowniach. Jeśli nie liczyć samochodów i kutrów rybackich cała wykorzystywana na Islandii energia pochodzi ze źródeł odnawialnych.

Najtańszy prąd w Europie

Islandczycy zadają jednocześnie kłam twierdzeniom, że energia z OZE jest droga. W ich przypadku jest dokładnie odwrotnie. Mieszkańcy tej położonej na środku Atlantyku wyspy mogą kupować prąd najtaniej w Europie. Jak tanio? Odbiorcy indywidualni płacą (w przeliczeniu, po kursie z czerwca 2012 r.) około 7-8 eurocentów za kWh. Średnia dla Unii Europejskiej to 12 centów za kWh. W Niemczech płacić trzeba około 14 centów, a w Hiszpanii prawie 16 centów za kWh. W Polsce cena sięga mniej więcej 10 centów. Także biznes korzysta na taniej energii. Średnia cena MWh sprzedawanego odbiorcom przemysłowym przy kontrakcie na 12 lat to na Islandii 43 dolary. W Europie - 65 dolarów. Jak to możliwe?

Energia z pustyni, prąd z wulkanu

Żeby zrozumieć fenomen Islandii, kraju, który całą energię wykorzystywaną przez gospodarstwa domowe i przemysł pozyskuje ze źródeł odnawialnych, najlepiej wybrać się na wyżyny położone w centralnej części wyspy. Pustka, samotne farmy rozsiane na dziesiątkach kilometrów kwadratowych uzmysławiają, jak słabo jest to zaludniony kraj. Na terytorium odpowiadającym mniej więcej jednej trzeciej powierzchni Polski żyje 320 tys. ludzi. Pola zastygłej lawy, zwały wyrzucanego przez wulkany żużlu i niemal księżycowy krajobraz w pobliżu jednej z elektrowni wodnych na jeziorze Pórisvatn przypominają z kolei o tym, co znajduje się pod ziemią. Islandia leży na tzw. gorącym punkcie Grzbietu Śródatlantyckiego, w kraju znajduje się 130 wulkanów, z których wiele jest wciąż aktywnych. Związane z nimi gorące źródła pozwalają rozbudowywać elektrownie geotermalne. A lodowce, które pokrywają wypiętrzone nawet na 2 tys. m n.p.m. wulkany dają wodę, z której korzystają hydroelektrownie. Największa z nich, kontrowersyjna Kárahnj kar, produkuje 690 MW energii. Zasilana jest wodami dwóch lodowcowych rzek (Jökulsá á Dal i Jökulsá ~ Fljótsdal) wypływających z największego w Europie i trzeciego na świecie lodowca - Vatnajökull. W sumie elektrownie wodne wytwarzają 96 proc. produkowanej przez państwową firmę Landsvirkjun energii.

Aluminiowi pożeracze prądu

Niskie ceny sprawiają, że rośnie popyt na energię elektryczną. W 2008 roku konsumpcja prądu liczona na mieszkańca była na Islandii siedem razy wyższa niż średnia dla Unii Europejskiej. Nie dlatego, że Islandczycy zostawiają otwarte lodówki i nie wyłączają światła w nocy, ale ze względu na zapotrzebowanie generowane przez przemysł.

Na Islandii już dziś działa kilka hut aluminium, niezwykle energochłonnych, ale też przynoszących sporo dochodu. Teraz Landsvirkjun zamierza przejąć 1 proc. europejskiego rynku data centers. To niezwykle energochłonne centra, bez których nie mogłyby działać serwisy takie, jak Facebook czy Google.

Tania energia kusi i prowokuje do snucia znacznie ambitniejszych planów. W czerwcu 2012 roku prezes Landsvirkjun ogłosił, że jego firma planuje wspólny, islandzko-brytyjski projekt, w ramach którego między obydwoma wyspami przeciągnięty zostanie podwodny kabel elektryczny. W ten sposób także Europejczycy będą mogli skorzystać z produkowanej pod kołem podbiegunowym energii.

A może zachować tani prąd dla siebie?

Cały ten energetyczny rozmach budzi coraz większe niepokoje. Pojawiają się głosy, że budowane na potrzeby hut aluminium elektrownie wodne zakłócają równowagę przyrodniczą na wyspie. Przeciwnicy ekspansji dodają, że w tej chwili nie ma żadnej potrzeby rozbudowy mocy produkcyjnych, a jedynym powodem jest rozwój przemysłu i eksport energii do Europy. Przy czym dostawy prądu z Islandii w żaden sposób nie rozwiążą problemów energetycznych starego kontynentu. Słowem: tania energia powinna być używana jedynie dla zaspokojenia potrzeb mieszkańców wyspy. Z drugiej strony Islandia wciąż walczy ze skutkami kryzysu, a w takiej sytuacji umowa "praca za megawaty" wydaje się wyjątkowo atrakcyjna. Nowe inwestycje bazujące na taniej energii mogą przynieść nawet 3,5 tys. miejsc pracy, co oznacza zmniejszenie bezrobocia o jedną czwartą. I to bez konieczności podnoszenia cen energii dla odbiorców indywidualnych.

Więcej o: