Czy ceny mieszkań poszybują mocno w górę?

Czy szykuje nam się powtórka z 2007 roku, kiedy w krótkim czasie ceny mieszkań poszybowały mocno w górę? Obawy takie nie są nieuzasadnione. Popyt cały czas rośnie, a z nim ceny. Do tego klienci mogą się obawiać, że w przyszłym roku będzie trudniej o kredyt.

Kupujesz mieszkanie? Sprawdź ratę kredytu

Obserwatorzy rynku są zgodni, że ceny mieszkań w tym roku na pewno pójdą w górę, pozostaje tylko pytanie - o ile? Część zakłada, że podwyżki sięgną około 6 procent, jednak nie brak i głosów, że przed nami może pojawić się kolejna bańka cenowa na rynku, tak jak to miało miejsce w 2007 roku, kiedy mieszkania drożały bardzo dynamicznie, dosłownie z miesiąca, na miesiąc. Na prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypadków i wskazuje wiele podobieństw do sytuacji z 2007 roku.

Tak jak teraz, tak i wtedy czynnikiem generującym podwyżki był utrzymujący się bardzo mocny popyt, powodowany obawą klientów, że już wkrótce nie będzie ich stać na kupno własnego mieszkania. Kredyty były łatwo dostępne, przy czym w tamtych czasach doradcy masowo namawiali do kredytowania się w obcych walutach. Dziś takiej możliwości już nie ma, za to mamy do czynienia ciągle z historycznie niskimi stopami kredytowymi i rosnącymi zarobkami, co przy atrakcyjnych (choć to się zmienia) cenach mieszkań, skutkuje chęcią do zadłużania się.

Decyzje o zakupie może przyspieszać z kolei obawa o to, że już w przyszłym roku będzie trudniej. Banki zaczną wymagać przynajmniej 10 procentowego wkładu własnego, do tego prawdopodobnie stopy procentowe pójdą w górę, a już teraz banki podnoszą marże kredytów. Wszystko to, wraz z powoli rosnącymi cenami, będzie wywierać presję na klientów, by szybciej się zadłużali.

Popyt na mieszkania nakręca również program MDM ale też i tu widać tendencję do wzrostu cen. W II kwartale tego roku na większości rynków limity cenowe metra kwadratowego nieruchomości w MDM poszły w górę i prawdopodobnie tak będzie także następnym razem, czyli jesienią.

Przeciętny Kowalski więc zdaje sobie sprawę, że jeśli kupować, to teraz. O tym, że rynek wyraźnie odbił, świadczą bardzo dobre dane sprzedażowe. W I kwartale poprawiły się jeszcze w stosunku do końcówki roku 2013, kiedy klienci ruszyli do banków po ostatnie kredyty na 100 procent wartości nieruchomości. Po nowym roku popyt wcale nie osłabł.

Mimo, że firmy deweloperskie wyraźnie ruszyły do przodu z liczbą rozpoczynanych budów i pozwoleniami na budowę, to obecnie zapotrzebowanie wyraźnie przekracza liczbę mieszkań w ofercie w największych miastach. To oczywiście pogarsza sytuację klientów, bowiem coraz częściej skazuje ich na wybór oferty na etapie ?dziury w ziemi?.

Jak wynika z raportu REAS w pierwszym kwartale 2014 roku całościowa liczba mieszkań w ofercie dla 7 największych miast zmniejszyła się o 4 procent niż kwartał wcześniej i była niższa o prawie 30 procent w porównaniu do II kwartału 2012 roku, kiedy na rynku pozostawało najwięcej mieszkań w ofercie. Wtedy mieliśmy do czynienia ze szczytem nadpodaży.

To właśnie mocny popyt zredukował zapasy. W ostatnich 4 kwartałach  na największych rynkach sprzedano blisko 40 tysięcy mieszkań i było to o ponad 10 procent więcej, niż w rekordowym roku 2007.

Obecnie świadomość kurczącej się oferty się  i rosnących cen, przyspieszy decyzje o zakupie. Czy więc wkrótce urośnie nam kolejna bańka cenowa na rynku?

Póki co wróciliśmy do poziomu cen sprzed 7 lat. Tak wynika z danych  NBP. Dla 7 miast: Warszawy, Krakowa, Gdańska, Gdyni, Poznania, Łodzi i Wrocławia średnie stawki transakcyjne na rynku pierwotnym były w I kwartale tego roku na tym samym poziomie jak na początku 2007 roku i wynosiły około 6200 zł za metr.

W okresie, kiedy rosła bańka cenowa mieszkania drożały o kilkaset złotych za metr co kwartał. Już w II kwartale 2007 ceny wzrosły przeciętnie o 600 zł za metr kwadratowy, a po roku były wyższe przeciętnie już o ponad 1000 zł.  W Warszawie w ciągu roku od stycznia 2007 mieszkania poszły w górę o ponad 1300 zł za metr kwadratowy.

Czy tak będzie obecnie? Na pewno obawy są uzasadnione, choć czynnikiem nieco hamującym popyt może się okazać obowiązek wyłożenia 10 procentowego wkładu własnego. Warto też uświadomić sobie, że -mimo historycznie tanich kredytów, rygory bankowe co do zdolności kredytowej są teraz dużo większe, niż 7 lat temu. Nie można już się finansować na 50 lat, zniknęły kredyty na 100 proc. wartości i kredyty walutowe. Większa jest  też zdecydowanie świadomość klientów i niechęć do ryzyka.

Presja na szybszą decyzję o zakupie jednak z pewnością przełoży się na wzrost cen. Wydaje się, że podwyżki rzędu 10 procent na koniec tego roku są jak najbardziej realne.

 

#

 

Chcesz kupić dom? Sprawdź oferty

Szukasz lokalu użytkowego? Zobacz ogłoszenia

Więcej o: