Nowy trend w Krakowie. Zieleń na dachu, warzywa na balkonie

Barbara Suchy, Magda Wójcik
21.07.2012 10:00
A A A
Jedni mają dachy, inni duże balkony, niektórzy nie mają nawet wystarczająco szerokiego parapetu, więc sadzą w donicach przy ulicy. W mieście każdy kawałek zielonej przestrzeni jest na wagę złota
Miasto musi produkować żywność, wykorzystując do tego wysokie biurowce. Inaczej za 50 lat grozi nam klęska głodu. Wychodząc z takiego założenia, Dickson Despommier, profesor Columbia University, w 1999 roku stworzył z grupą swoich studentów projekt "Pionowej Farmy", czyli sprytnego wieżowca służącego do produkcji żywności. Zrobienie z kilkudziesięciometrowych budynków wielohektarowych pól uprawnych to, zdaniem profesora, konieczność we współczesnych miastach zabudowanych drapaczami chmur.

Choć w Krakowie wysokie budynki, które można by obsadzić pietruszką, rzodkiewką czy kalarepą, da się policzyć na palcach jednej ręki (swoją drogą, czy nie ładnie prezentowałby się obrośnięty warzywami "szkieletor"?), a i mieszkańcy o widmie głodu na razie nie myślą, to nie brakuje osób, które są zdania, że swoją grządkę warto mieć. Czasem to jeden krzak pomidorów albo donica z ogórkami, ale są też tacy, którzy cały balkon czy dach zamieniają w ogródek.



Obiad z własnego dachu

Na balkonie jednego z krakowskich apartamentowców Andrzej Żwawa zasadził bazylię, poziomki, pomidorki koktajlowe, kalarepę. Są też sałata, pietruszka, papryka, fasola i nieplanowany słonecznik.

- Nie sadziliśmy go, wyrósł niespodziewanie. Może synek wsadził do donicy nasionko - mówi Andrzej.

Trzyipółletni Remek systematycznie dogląda z tatą balkonowego ogródka. Obok donic stoją dwie konewki - jedna duża, metalowa, druga kolorowa z plastiku.

- W ten sposób uczy się, jak warzywa rosną, że to nie tylko z supermarketu. Podlewamy rośliny, zrywamy poziomki, pomidory (Andrzej edukowaniem ekologicznym zajmuje się zawodowo, pracując przy kampanii "Kupuj odpowiedzialnie" Polskiej Zielonej Sieci). Pracy nie jest dużo, ale trzeba systematycznie podlewać. Kiedy jest ciepło, to codziennie, bo inaczej od razu wszystko więdnie - opowiada Andrzej.

Sadzonki kupił na Kleparzu. Żeby mieć coś swojego, odizolować się trochę zielenią od sąsiadów.

- Wiadomo, że to nie wystarcza i trzeba posiłkować się warzywami ze sklepu, ale zjeść od czasu do czasu ciepłe od słońca pomidorki z własnego krzaczka to sama przyjemność! - mówi właściciel balkonowego ogródka.

Andrzej przyznaje, że jest jeden problem - wakacje. Podczas gdy inni zastanawiają się, komu na czas urlopu oddać pod opiekę psa czy kota, on kombinuje, komu powierzyć donice z roślinkami.

- Ciężko byłoby to wszystko przenieść do znajomych, a podlewać trzeba codziennie. Gdy w ubiegłym roku wyjechaliśmy na dwa tygodnie, robili to sąsiedzi, ale teraz się przeprowadziliśmy - mówi Andrzej.

Jan Szpil, działacz stowarzyszenia Kraków Miastem Rowerów, warzywami obsadził dach w swojej kamienicy.

- Zawsze uważałem, że polskie dachy to marnotrawstwo przestrzeni, a skoro mam wyjście z mieszkania bezpośrednio na płaski dach, postanowiłem zrobić z niego ogród - mówi.

Ma u siebie sałatę, fasolę szparagową, zioła, cukinię, truskawki, dwa słoneczniki. Wszystko w skrzyniach własnoręcznie pozbijanych z desek i starych oponach pozbieranych od znajomych. Tylko dynia nie wyrosła - miała za mało ziemi.

- Wszystko wyrosło z nasion, potem było trochę pracy z sadzonkami. Teraz wystarczy podlewać, nawet dwa razy dziennie, bo dach jest mocno nasłoneczniony. Mam też swój kompostownik, więc wszystko jest w stu procentach ekologiczne - dodaje. Gdy czegoś wyrośnie za dużo, wymienia się z sąsiadką z naprzeciwka, która też prowadzi swój miejski ogródek.

- Wskazówek, jak sadzić, szukam w internecie, ale często działam metodą prób i błędów. Wiadomo, że te warzywka nie wystarczają mi na co dzień, ale kilka obiadów z własnego dachu już zjadłem. Ostatnio zebrałem kilogram fasoli szparagowej. Poza tym posiedzieć tu to wielka frajda - przekonuje Jan.

Ogórki zamiast kwiatów

O tym, że uprawa choćby najmniejszego kawałka ziemi daje dużo radości, doskonale wie dr Piotr Klepacki, twórca projektu Pies Ogrodnika, który prowadzi zajęcia dla ogrodników amatorów. I proponuje, żeby oprócz kwiatów czy coraz bardziej popularnych ziół uprawiać na balkonie warzywa. Bo nie ma to jak pochwalić się własnoręcznie wyhodowaną cukinią, która do tego spektakularnie wygląda w doniczce.

- Uprawa warzyw w mieście wcale nie jest trudna, wystarczy pamiętać o drenażu i dostosowaniu roślin do stanowiska, bo jedne wolą cień, a inne świetnie poradzą sobie na nasłonecznionym dachu. Nie musimy nawet mieć doniczki. Wystarczy podziurawiony worek z ziemią albo skrzynka po owocach. Ważne jest też nawożenie. Jeżeli nie możemy zrobić własnego kompostownika, możemy kupić kurzyniec lub obornik w granulkach - radzi dr Klepacki.

W prowadzonych od marca zajęciach dla domorosłych ogrodników wzięło udział kilkadziesiąt osób.

- Jedni mają działki, inni duże balkony, jeszcze inni nie mają nawet parapetów. Pewne małżeństwo na rozsady poświęciło stół, bo znajdował się w najlepiej doświetlonym miejscu w mieszkaniu - opowiada dr Klepacki. - A jeżeli ktoś nie ma wolnej przestrzeni w domu, może zająć najbliższą zaniedbaną donicę czy skwer - dodaje.

Sam podczas prowadzonej właśnie wraz z Muzeum Etnograficznym akcji "ogrodowej partyzantki" zasadził na Rynku Podgórskim cukinię, pory i kapustę. W donicach na schodach pomiędzy ul. Kalwaryjską a Zamoyskiego umieścił sadzonki ogórków. Bo kto powiedział, że na miejskim skwerze mają rosnąć jedynie kwiaty?

- Warzywa są doskonałą ozdobą i może widząc je w niecodziennym kontekście, zwrócimy uwagę na to, co trafia na nasze talerze - zastanawia się dr Klepacki, któremu marzy się, by kupując warzywo czy owoc, można było wybierać pomiędzy wieloma odmianami. I żeby coraz więcej osób zarazić grzebaniem w ziemi.

Zielony desant w skali mikro, bo w drewnianych skrzynkach, prowadzi Karolina Brukszo, architekt krajobrazu pracująca we własnej firmie Plant Art. - Łączę kwiaty, zioła, warzywa, do skrzynki dorzucam szczegółową instrukcję i nawóz - mówi Karolina. Skrzynki kupują przede wszystkim kawiarnie i restauracje. - Na razie klientów mam głównie w Warszawie, tam moda na zieleń i "eko" jest już mocno obecna, wielu ludzi inspiruje się stylem skandynawskim czy tym, co widzieli na przykład podczas pobytu w Berlinie. W Krakowie dzieje się to dużo wolniej, ale myślę, że i tu zacznie być coraz bardziej zielono - wróży Karolina. - Trzeba zacząć inaczej myśleć, otworzyć się na nowe pomysły. Z roślinami żyje się po prostu lepiej - zachęca.

Niech sąsiedzi zazdroszczą

To, że choćby kilka metrów zieleni jest w mieście na wagę złota, potwierdzają architekci. A do odzyskiwania przestrzeni pochłoniętej przez kolejny apartamentowiec czy parking najlepiej nadają się dachy. Architekci projektujący takie ogrody przyznają, że na razie to fanaberia zamożnych krakowian, którzy podpatrzyli takie rozwiązanie na Zachodzie. Tam bowiem to już norma.

- Zielone dachy masowo powstają w europejskich miastach od 30 lat. To skutek wprowadzenia przepisów dotyczących udziału powierzchni biologicznie czynnej w powstających budynkach czy gospodarowania wodą deszczową. W Bazylei zielone dachy są subsydiowane. Na wyobraźnię krakowian może zadziała fakt, że w położonym w dolinie i borykającym się z kiepskiej jakości powietrzem oraz tak zwanym efektem miejskiej wyspy ciepła Stuttgarcie dzięki zielonym dachom udało się obniżyć temperaturę o dwa stopnie - mówi Piotr Wolański, właściciel firmy APK Dachy Zielone.



Za oceanem pionierem w tej dziedzinie jest Toronto. W styczniu 2010 roku zaczęło obowiązywać tam prawo nakazujące obsadzanie trawą dachów wszystkich nowych centrów handlowych, biznesowych i apartamentowców. Dzięki temu Kanadyjczycy oddają ziemi tyle samo zielonej powierzchni, ile zostało zajęte przez nowo powstały budynek.

Takie zagospodarowanie dachów dużych obiektów zakładają też plany w Krakowie. Porośnięta zielenią ma być duża część nowego terminalu w Balicach. - Ze wstępnych wyliczeń wynika, że koszty założenia zielonego dachu zamortyzują się w ciągu kilku lat dzięki oszczędnościom na klimatyzacji. Zielone dachy to lepsza izolacja termiczna - zdradza Wolański.

"Zielone" mają być jeszcze inne krakowskie inwestycje - spalarnia śmieci i planowana przy Błoniach hala Cracovii. - Zieleń to pomysł nie tylko na dachy. Maty rozchodnikowe czy trawniki sprawdzają się doskonale także między torami tramwajowymi, tworząc tzw. zielone torowiska, lub jako zadaszenia przystanków. Proszę pomyśleć, o ile lepiej wyglądałyby szalety miejskie na Plantach, gdyby na ich dachach rosła trawa. Dzięki takim rozwiązaniom można podnieść atrakcyjność miejsc, które obecnie straszą w przestrzeni miejskiej - sugeruje Wolański.

O ekologicznych zaletach takich rozwiązań można długo rozprawiać, ale nie da się ukryć, że zielony dach w mieście to po prostu niezły szpan.

- To coś, co wyróżnia od sąsiadów, którzy z zazdrością mogą spoglądać na prywatny park na dachu - przyznaje Wolański.

I prosta kalkulacja. Dzięki zielonym dachom inwestorzy mogą wykorzystać więcej przestrzeni na ziemi choćby na parkingi. Tak było w przypadku Loftów w Młynie na krakowskim Zabłociu. - Pomysł na trawnik na dachu wziął się z potrzeby. Na rewitalizowanym przez nas terenie było za mało powierzchni biologicznie czynnej. Siłą rzeczy musiała znaleźć się na dachu - opowiada Jarosław Sznajder, zarządca budynku. W loftach znajduje się 57 mieszkań, a trawnik na dachu ma 1000 metrów kwadratowych. - Szybko okazało się, że mieszkańcy zaakceptowali taką formę zieleni. Mamy więc na dachu koncerty, można też zrobić grilla. Zaletą jest też kapitalny widok, dużo lepszy niż z poziomu gruntu - podkreśla Sznajder.

Prowadzisz ogródek na balkonie? A może na dachu? Czekamy na twoje zdjęcia: redakcja@krakow.agora.pl.







Komentarze (1)
Zaloguj się
  • i-meadow

    0

    Ciekawe jak jest zawartość metali ciężkich w warzywach hodowanych w centrum Krakowa słynącego z zanieczyszczonego powietrza?
    Ja mam kwiatowo-warzywny taras ale na przedmieściach (Ww). W centrum chyba jednak zostałabym przy kwiatach..

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE