Żyrardów w legendzie i anegdocie

Materiały Partnera
20.05.2011 11:43
A A A
Jedną z najbardziej znanych legend Żyrardowa jest ta związana z Białym Domem czyli Pałacykiem Tyrolskim.
Pałacyk Tyrolski został zbudowany przez Karola Augusta Dittricha, jednego z właścicieli fabryk żyrardowskich i fundatora wielu budynków miejskich. Zbudował go dla swojej córki i zięcia, Ludwika Marcellina. W 1884 urodziła się Marie Marcellin, wnuczka Dittricha. Niespełna miesiąc po jej urodzeniu na poddaszu pałacyku wybuchł pożar. Dziewczynka zmarła. Starzy mieszkańcy powiadają, że nocami widuje się w oknach na piętrze kobietę z czerwonym kwiatem we włosach, płaczącą po swojej córeczce. Podobno nieszczęsna matka Marie oszalała z bólu a ojciec, Ludwik, wyjechał z Żyrardowa i niedługo potem zmarł nagle.

Na żyrardowskim cmentarzu wciąż stoi piękny, wzruszający nagrobek, przypominający zasunięte nad dziecinnym łóżeczkiem firaneczki, usiane gwiazdkami.

Inną, tajemniczą i dramatyczną historię znamy z pamiętników pierwszego burmistrza Żyrardowa, Józefa Procnera. Bardzo pochlebnie wyrażał się on o synu Karola Augusta Dittricha, Karolu juniorze. Pisał o nim, że był to jeden z najprzyzwoitszych ludzi, hojnych i dobrych, a przy tym bardzo nieszczęśliwych.

Karol Dittrich junior zakochał się w młodości w pięknej Włoszce, śpiewaczce. Jednak stary pan Dittrich uznał, że syn, spadkobierca fortuny, nie powinien się żenić z taką panną. Postanowił synowi zabronić z nią kontaktu pod karą wydziedziczenia. Nie dowierzając jednak, że to powstrzyma rozkochanego do nieprzytomności młodzieńca, zawezwał dziewczynę. Sowicie ją opłacił i polecił, by raz na zawsze zniknęła z życia Karola juniora.

Dziewczyna zniknęła. Według Józefa Procnera Karol junior jeździł po całej Europie, szukając po niej śladu. Nie znalazł. Kazał namalować jej portret naturalnej wielkości i powiesił w odosobnionym pokoju. Tam nie mógł wchodzić nikt, uczynił z niego swoją samotnię. Sanktuarium utraconej miłości. Zmarł bezżenny, bezdzietny. Kazał po śmierci spalić swoje ciało a prochy rozsypać. Nie mogąc i po śmierci spocząć koło ukochanej, nie chciał być pochowany w jakimś szczególnym miejscu. Wiatr miał roznieść prochy po świecie, jakby wciąż jej szukał.

Tradycyją żyrardowskich par jest robić pamiątkowe zdjęcia ślubne przy willi Dittrichów. pod oknem sekretnego pokoju. Historia miłości Karola i Włoszki jest tragiczna, ale każda para ma nadzieję, że ich miłość będzie tak samo mocna, wierna i trwała, jak miłość nieszczęsnego spadkobiercy wielkiej fortuny.

Jedną z ciekawostek żyrardowskich są kanały pod miastem. Do produkcji i obróbki lnu potrzebne są duże ilości wody, dlatego między budynkami fabrycznymi, pod ziemią, ciągną się liczne i szerokie kanały. Część jest tak szeroka, że nie tylko człowiek może się w nich pomieścić, ale nawet samochód. Według wiarygodnych opowieści kanały wykorzystywano także jako przejścia między budynkami. Najbardziej znane z nich to przejście między willą Dittrichów a budynkiem administracji fabryki - Kantorem. Podobno właściciel fabryki żyrardowskiej lubił znienacka pojawić się w biurach fabrycznych, sprawdzając, czy urzędnicy pilnie pracują. Przejście było tajne, więc efekt zaskoczenia był murowany.

Karol August Dittrich miał też pewien zwyczaj, o którym wspomina pisarz Paweł Hulka-Laskowski (w książce Mój Żyrardów): chodził po domach robotników i szukał maruderów, którym nie chciało się przyjść do pracy. Robotnicy, kórzy zostali w domach, chowali się przed nim, a on - naszykowanym wcześniej kijem - wygarniał ich spod łóżek, stołów i zza szafek, krzycząc: Blaumontag! Ja wam dam Blaumontag!

We wspomnieniach autorzy podkreślają, że stary pan Dittrich okropnie był chciwy na pracę robotników. W okresie świetności fabryka zatrudniała około 9 tysięcy ludzi i zarabiała kilka milionów rubli rocznie - była to niewyobrażalna na tamte czasy fortuna a i dziś Dittrichowie byliby w pierwszej setce Forbesa. Żyrardów był maszynką do zarabiania a produkowany len uznawany za najlepszy na świecie - wygrywał nawet z najlepszymi tkaninami francuskimi.

Dlatego mówiono: len - żyrardowskie złoto.

Do wesołej anegdoty należy zaklepanie powodzenia poprzez tajemniczy rytuał, związany z pewną kolumną. W jednym z najstarszych budynków w mieście, w którym mieści się fabryka lniarska oraz Sklep Wokulskiego, znaleźć można żeliwną kolumnę. Wyraźnie jaśniejszą i wygładzoną na wysokości mniej więcej pół metra od podłogi. Powiadają niektórzy, że będąc przejazdem dobrze jest tam wstąpić i... potrzeć to miejsce kolanem - aby pieniądze nas nie opuściły. Czy to prawda, czy nie prawda i skąd się ten dziwaczny rytuał wziął, dziś już nie wiadomo, ale niekórzy zwracają uwagę, że coś w tym musi być, bo i sama fabryka mimo najróżniejszych zakrętów dziejowych trwa już sto osiemdziesiąt lat i jest jedną z najstarszych polskich marek.

W tym samym budynku można znaleźć maszynę, przy której pracował były premier, Leszek Miller, kiedy jeszcze nie był premierem, tylko zwykłym robotnikiem, uczącym się w technikum elektrycznym. Czy i on pocierał kolumnę, aby przysporzyć sobie pomyślności? Nie wiadomo. Ale zarówno on, jak i premier Waldemar Pawlak - obaj mieszkający w Żyrardowie - są powodem, dla którego żartobliwie się mówi, że to Miasto Premierów.

Zobacz również galerię loftów w Żyrardowie:

Lofty de Girarda

Loft modelowy biały

Loft modelowy pomarańczowy

Loft modelowy zielony

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX