Pasjonaci, czyli jak pokazać, że miasto żyje

Jedni z powodu lokalnego patriotyzmu, inni ponieważ coś im się spodobało. Nieważne, dlaczego, ważne że dzięki nim miasta mogą pokazać swoją lepszą twarz.
O ósmej rano kawę wypić można chyba tylko w KFC. Albo w McDonaldzie po sąsiedzku. Poza tym o tej porze w Bytomiu można przejść się ulicami miasta i popatrzeć, jak się zmienia. Bo podobno się zmienia, tak przynajmniej twierdzi Daniel. Pokazuje kamienice, które jeszcze niedawno straszyły, a dzisiaj wyglądają jakby przeniesione z dalekiego Wrocławia. Chociaż tam podobno też nie jest tak dobrze, jak się wydaje z perspektywy Górnego Śląska.

Okiem miłośnika

To prawda, że część z tych wyremontowanych kamienic ociera się o kicz. Różowo-pomarańczowa fasada domu spokojnej starości przy najważniejszej handlowej ulicy miasta wygląda jak fragment weselnego tortu. Ale już dom obok jest stonowany i elegancki. Jak wszędzie. Dla Daniela Lekszyckiego liczy się jednak to, że miasto się zmienia. Wspomina niedawną rozmowę ze szkolenia, kiedy koleżanka na informację, że jest z Bytomia zareagowała: - Tam u was to się buduje!

Bo faktycznie się buduje. Przede wszystkim wielkie centrum handlowe w samym środku miasta. Obok parking wielopoziomowy budowany przez tego samego inwestora. Ze starej, dziewiętnastowiecznej kamienicy została tylko frontowa ściana. Reszty już nie ma, więc przez okna prześwitują opuszczone budynki po przeciwnej stronie placu i poranne niebo.

Spacer po Bytomiu z Danielem to właśnie takie fragmenty. - Chodźmy w jeszcze jedno miejsce, zobaczyć coś ciekawego - mówi. Czegokolwiek by nie pokazywał, najciekawsze jest właśnie jego zaangażowanie.

Kiedy w połowie 2009 roku kraj obiega informacja, że Allegro wyremontuje najbrzydsze podwórko w Polsce, Daniel reaguje od razu. Na forum internetowym serwisu bytomski.pl organizuje znajomych, wysyła formularz i rozpoczyna akcję na rzecz podwórka w dzielnicy Rozbark (wysokie bezrobocie, w oknach dykta zamiast szyb, sporo pustostanów i zapuszczonych, zarośniętych krzakami placów, ogólnie - bieda).

Efekt: bytomskie podwórko zbiera ponad połowę wszystkich głosów. W akcję zaangażowani są: prezes Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych, znany miejscowy kolekcjoner pocztówek, mieszkańcy dzielnicy, a nawet proboszcz tamtejszej parafii, który w czasie ogłoszeń parafialnych zachęca ludzi do wysyłania smsów z poparciem dla kandydatury Rozbarku. Sam remont kosztuje ponad 80 tys., z czego Allegro daje 50 tys., a resztę dokłada MZBM. Na fali sukcesu powstaje pomysł programu rekultywacji kolejnych zaniedbanych podwórek.

Co z tego wszystkiego ma Daniel? W zasadzie niewiele, poza satysfakcją. Z uporem odżegnuje się od autorstwa sukcesu. Mówi, żeby pogadać z kibicami Polonii Bytom, bo tak naprawdę to oni są prawdziwymi lokalnymi patriotami. Tyle, że rozmawiając z nim, nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że spośród 180 tys. Bytomian jemu na mieście zależy wyjątkowo mocno.

W obiektywie przyjezdnego

Można powiedzieć, że przeciwieństwem Daniela jest Marcin Mazurowski, fotograf, autor mającej się wkrótce ukazać książki ze zdjęciami starego Bytomia. Dla niego miasto to przede wszystkim materia, na której pracuje. Place, ulice i kamienice - to wszystko jest obiektem fotograficznym, tym bardziej malowniczym, że zaniedbanym i zniszczonym.

Mazurowski z Bytomia nie pochodzi, to także odróżnia go od Daniela. Przyjechał tu z Białegostoku, wcześniej był żołnierzem, sam mówi o sobie, że komandosem.

Mimo, że się od lokalnego patriotyzmu odżegnuje na wszystkie sposoby, można się zastanawiać, czy to on wykorzystuje miasto, czy odwrotnie - miasto wykorzystuje jego talent, żeby się pokazać. Miasto w sensie metaforycznym, bo urząd konsekwentnie z Mazurowskim nie współpracuje. Być może to przez cechy charakteru, jak uważa Mazurowski, a być może z innych powodów.

W jaki sposób miasto korzysta na działalności Mazurowskiego? Po pierwsze, wszędzie go pełno. Znają go w większości okolicznych instytucji kulturalnych i oświatowych, muszą go znosić redakcje. Marcin nie ma złudzeń - za jego upierdliwość raczej go nie kochają, ale on inaczej nie potrafi. Zresztą, jak mówi, skuteczność tego wymaga. W przypadku "Srebrnego Bytomia", bo tak ma nazywać się album zrealizowany przy użyciu tradycyjnej techniki fotograficznej, który Mazurowski wyda w maju, udało mu się zaprosić do współpracy min. Magdalenę Piekorz, znaną reżyserkę.

Dlatego opowiada o swoich pocztówkach, na których za pomocą aparatu sprzed wojny uwiecznił stare wille i kamienice, kominy fabryczne i bocznice kolejowe. Pocztówki wzorowane są na tych pierwszych, na których życzenia pisało się z przodu, a nie z tyłu karty. Jak pod koniec XIX wieku, czyli w czasie, kiedy Bytom nazywany był śląskim Wiedniem. Dlatego też chodzi ze swoim albumem, w którym także przy pomocy starego aparatu uwiecznia miasto takim, jakim jest. - Żadnych upiększeń - mówi. Liczy się tylko rzeczywistość, choćby zamiast oczu miała zamurowane okna pustostanu.

W opinii Marcina Mazurowskiego Bytom jest brudny, zniszczony i nie zawsze bezpieczny. Ale właśnie dlatego ciekawy. Tak, jak dzielnica przy drodze na Wrocław, pełna przedwojennych willi.

Sercem kibica

Są jeszcze kibice, o których wspomina Daniel. Dla nich nie ma znaczenia, jakie jest miasto. Liczy się to, że jest ich. Ale też trzeba przyznać, że wiedzą o nim sporo. To dzięki nim aż cztery bytomskie budowle dostały się do grona siedmiu cudów architektury Śląska w konkursie organizowanym przez regionalną telewizję TVS.

Elektrociepłownia Szombierki, Szyb Krystyna, Rynek i cmentarz Mater Dolorosa mają godnych konkurentów wśród budowli Górnego Śląska. Wielu pewnie uważa, że są lepsi kandydaci, jednak to właśnie bytomskie cuda industrializacji weszły do wyróżnionej siódemki. Być może miłośników pałacu w Pyskowicach było mniej lub zarządzający kopalnią Guido w Zabrzu nie zdołali zmobilizować wystarczającej liczby głosujących. Ale przecież po tym poznaje się, że miejsce żyje, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wygląda na wpół martwo.