Pożegnanie z "Rodziną na Swoim"

Ekonomiści z mieszanymi uczuciami przyjęli zapowiedź Ministerstwa Infrastruktury o likwidacji programu "Rodzina na swoim", w ramach którego państwo pomaga spłacać kredyty mieszkaniowe. Priorytetem ma być budowa mieszkań na wynajem
Resort prawdopodobnie zaproponuje stopniowe wygaszanie programu. Miałoby ono polegać na systematycznym redukowaniu możliwości uzyskania dopłaty. W efekcie sięgałoby po nią coraz mniej osób. Już w przyszłym roku ma być obniżony pułap cen mieszkań, którego nie wolno przekroczyć, jeśli chce się dostać dopłatę (wyjątkiem będą gminy sąsiadujące z miastami wojewódzkimi, tam możliwy będzie wzrost limitu). Dopuszczalna cena nie przekroczy o więcej niż 30 proc. - a nie 40 proc., jak obecnie - średnich kosztów budowy dla danego województwa lub miasta wojewódzkiego. Np. w Warszawie pułap cen spadłby z 7699,6 do 7149,6 zł za m kw. W efekcie mniej mieszkań byłoby objętych dopłatą (obecnie ponad połowa).

Ponadto przygotowywany przez ministerstwo projekt zakłada wyłączenie z programu na trzy lata rynku wtórnego. W tym czasie państwo wspomagałoby dopłatą do kredytu (mniej więcej połowy odsetek przez osiem lat) zakup wyłącznie nowych mieszkań bądź budowę domów. Z dopłat miałyby za to korzystać także osoby samotne, a nie - jak obecnie - tylko rodziny i osoby samotnie wychowujące dzieci. Z tym, że rodziny nie mogą kupić mieszkania większego niż 75 m kw. (dopłata obejmuje tylko 50 metrów), zaś dla singla norma metrażowa wynosiłaby 50 m kw. (dopłata obejmowałaby maksymalnie 30 metrów).

Równocześnie Ministerstwo Infrastruktury zapowiada całkowicie nowy program, w ramach którego państwo poręczało kredyty na budowę czynszówek TBS-om, spółdzielniom i firmom deweloperskim. Najemca musiałby wpłacić zaliczkę w wysokości 30 proc. ceny mieszkania, a resztę dopłacić w ciągu 10 lat. Oczywiście, gdyby zdecydował się na wykup. Jeśli zrezygnowałby z mieszkania, odzyskałby swój wkład odpowiednio zwaloryzowany.

- Przeznaczenie środków pomocowych na bardziej dostępne formy nabywania własnego domu, z połączeniem np. wynajmu z późniejszym zakupem, wydaje się dobrym pomysłem - komentuje główny ekonomista serwisu Bankier.pl Bogusław Półtorak. - Szkopuł w tym, czy budżet państwa podoła finansowo. A może to pretekst, aby zakończyć z mało efektywnym programem, który zamiast pomagać kredytobiorcom służy bankom do osiągania dodatkowych zysków.

Półtorak wyjaśnia, że analiza ofert banków biorących udział w programie "Rodzina na swoim" pokazuje, że często kredyt z dopłatą jest droższy niż oferta komercyjna. Według Półtoraka, z punktu widzenia osób, które chcą kupić własne lokum najbardziej sensowne byłoby przywrócenie ulgi odsetkowej (umożliwiała ona odpisanie odsetek od dochodu przed opodatkowaniem). - Ale o tym politycy, niestety, nawet nie wspominają - mówi Półtorak.

Maciej Krojec i Michał Głębecki z firmy Money Expert przyznają, że choć potrzeby mieszkaniowe są u nas olbrzymie, to o nie nadążają za tym możliwości finansowe Polaków. Ma więc sens tworzenie podaży na czynszówki. Obaj specjaliści mają jednak wątpliwości, czy deweloperzy będą się chcieli angażować w tego typu przedsięwzięcia. "Każdy kto choć trochę orientuje się w rynku nieruchomości wie, że budowanie pod wynajem i budowanie na sprzedaż, to zupełnie inne sprawy" - piszą Krojec i Głębocki w swoim komentarzu. "Z drugiej jednak strony, gwarantowanie kredytowania pomoże złapać wiatr w żagle deweloperom, którzy chcą budować, ale mają problem z pozyskaniem kapitału na nowe inwestycje".

Krojec i Głębocki mają też wątpliwości co do wymogu posiadania 30-proc. wkładu własnego. "Czy na to stać młode małżeństwa na dorobku? W naszym przekonaniu tworzona jest tu swego rodzaju fikcja" - uważają analitycy Money Expert. Według nich, większy sens miałoby wprowadzenie wzorca wynajmu z możliwością wykupienia funkcjonującego w Towarzystwach Budownictwa Społecznego (TBS). "Wystarczyłoby obniżyć zaliczkę do realnego poziomu 10-15 proc. oraz umożliwić zaciągnięcie preferencyjnego kredytu na wykończenie lokalu i spłacenie go w ciągu 20 lat, po czym dać prawo wykupu za symboliczną złotówkę" - radzą Krojec i Głębocki.