Dom, który nie traci energii

Małżeństwo architektów z Wrocławia udowodniło, że roczny koszt ogrzewania domu może być taki sam jak mieszkania w bloku... przez dwa miesiące
Ludwika i Miłosz Lipińscy zaprojektowali i zbudowali w podwrocławskim Smolcu 155-metrowy "dom pasywny", czyli taki, w którym można obyć się... bez ogrzewania. Dużą część zapotrzebowania na ciepło pokrywają w nim bowiem "pasywne" źródła tej energii, czyli np. urządzenia gospodarstwa domowego, ciepło odzyskiwane z powietrza, energia słoneczna i sami domownicy.

To jeden z kilkudziesięciu takich domów w Polsce. Prawdopodobnie jednak tylko Lipińscy mogą poszczycić się certyfikatem Instytutu Domów Pasywnych z Darmstadt (twórcą idei pasywności jest prof. Wolfgang Feist z tego instytutu). Małżeństwo wrocławskich architektów wspierał ponadto Instytut Budynków Pasywnych przy Narodowej Agencji Poszanowania Energii oraz kilka firm, dla których dom jest swego rodzaju poligonem doświadczalnym.

Czym wyróżnia się dom pasywny? Podstawa to bardzo gruba - ponad 30-centymetrowa - i szczelna warstwa izolacji. Bardzo ważny jest też system wentylacji, który pozwala na wymianę zużytego powietrza z wnętrza domu bez utraty ciepła. Np. gruntowy wymiennik ciepła ogrzewa powietrze zasilające wentylację poprzez pozyskanie ciepła z gruntu. Zimą w naszych warunkach klimatycznych temperatura gruntu na głębokości poniżej 1,5 m utrzymuje się na stałym poziomie ok. 3-6 st. C, a więc zazwyczaj jest dużo wyższa od temperatury powietrza. Jest więc ono przepuszczane przez zakopane w ziemi rury polietylenowe lub PCW, co powoduje jego ogrzanie do temperatury powyżej 0 st. C. Latem, gdy temperatura gruntu jest dużo niższa od temperatury powietrza, wymiennik ciepła schładza je, a więc pełni funkcję klimatyzacji.

Do tego budynek pasywny ma specjalne okna (najlepiej, jeśli są one na południowej elewacji), które pozwalają na przenikanie ciepła z promieni słonecznych do wnętrza domu i nie pozwalają uciec ciepłu na zewnątrz. Standardem są szyby zespolone z potrójnym szkleniem. Dzięki temu pomiędzy szybami powstają dwie hermetyczne komory, które są wypełniane gazem szlachetnym, np. argonem. Ramy okna są zaopatrzone w specjalną wkładkę termiczną ograniczającą straty cieplne. W oknach do domów pasywnych nie stosuje się rozszczelnień, które w tradycyjnych domach wspomagają wentylację grawitacyjną.

Niestety, na tego typu przedsięwzięcie nie każdy dziś może sobie pozwolić. Po pierwsze, brakuje w naszym kraju ekip wykonawczych, które nie popełniłyby na takiej budowie nawet najmniejszej niedoróbki (budowa domu pasywnego wymaga niemal zegarmistrzowskiej precyzji). No i trzeba się liczyć z wyższymi kosztami, bo te technologie i materiały są droższe od tradycyjnych. Lipińscy policzyli, że budowa ich domu pasywnego "pod klucz" pochłonęła ponad 422 tys. zł. Dom tradycyjny o takiej samej powierzchni kosztowałby niespełna 313 tys. zł, czyli o ponad jedną trzecią mniej. Miłosz Lipiński przyznaje więc, że w naszych warunkach, biorąc pod uwagę koszty budowy w relacji do oszczędności, bardziej opłaca się budować "zwykłe" domy energooszczędne.

W ciągu kilku lat może się to jednak zmienić. Tak było w Niemczech, gdzie jeszcze na początku dekady domy pasywne budowali tylko pasjonaci. Były one bowiem o 40 proc. droższe od zwykłych. Teraz za Odrą powstają tysiące domów pasywnych, bo wzrosły ceny energii, a koszty materiałów spadły.