Rob Krier narysuje nową Łódź

Władze Łodzi zdecydowały - przebudową centrum miasta zajmie się słynny luksemburski architekt Rob Krier.
Nie będzie konkursu na opracowanie urbanistyczne terenu wokół Dworca Łódź Fabryczna, bo to trwałoby zbyt długo. - Z dwóch opcji: konkurs albo zamówienie projektu u konkretnej osoby, władze Łodzi wybrały tę drugą - mówi Marek Lisiak, architekt miasta. Krier ma zaprojektować 90 hektarów w samym środku Łodzi - okolice dworca, nieczynnej Elektrowni EC-1, Łódzkiego Domu Kultury i ośrodka lokalnej TVP.

Przy Rynku Fabrycznym znajdzie się m.in. Centrum Kulturalne Sztuki Świata (fundacji założonej przez Davida Lyncha, biznesmena Andrzeja Walczaka z Grupy Atlas i szefa festiwalu Camerimage Marka Żydowicza), hala festiwalowo-kongresowa, galerie oraz sklepy i restauracje. Działania są planowane w dwóch etapach. Pierwszy dotyczy "serca" nowego centrum, czyli centrum kulturalnego na terenie stuletniej elektrowni. Ma tam powstać szklana wieża Davida Lyncha, przeniesie się też festiwal Camerimage. W kolejnych pofabrycznych budynkach znajdzie się miejsce dla Muzeum Sztuki Współczesnej.

Marta Skłodowska: Widział Pan Warszawę i Gdańsk. Czym różni się Łódź od tych miast?

Rob Kier: Jest tu sporo nadętej architektury burżuazyjnej, nienaturalnie bogatej. Na szczęście te pałace stały się już muzeami. Zwykle zajmowałem się miastami bardziej skomplikowanymi przestrzennie. Ale mogę sobie wyobrazić, jakie byłoby to cudowne miasto, gdyby tylko zostały oczyszczone i pomalowano by domy. Zaproponowałem pomoc Łodzi w przygotowaniu masterplanu. To moja specjalność, nad koncepcjami przebudowy miast pracowałem przez całe życie. Trzeba skomponować coś szczególnego i zaplanować przestrzenną kontynuację ulic. Taki projekt wymaga wsparcia przez wszystkie masowe gremia. Tylko stabilna sytuacja pozwoli pracować nad tak wielkim obszarem w środku miasta.

Co z przemysłowym dziedzictwem, czyli starymi fabrykami?

- Industrialne budynki w Łodzi mają niepowtarzalną jakość! Na dodatek techniczne elementy są jednocześnie bardzo malownicze. Elektrownia EC-1 z secesyjnymi detalami to szczera architektura, dużo bardziej niż Centrum Pompidou w Paryżu, którego fałszywy image nie ma wiele wspólnego z funkcją.

Został Pan zaproszony do Łodzi, aby zmienić tereny wokół Dworca Fabrycznego i elektrowni EC-1. Są zdewastowane i martwe. Jak można je przekształcić w tętniące życiem centrum?

- Organizm miejski jest jak ciało człowieka. Musi oddychać, myśleć i odpoczywać. Trzeba przyciągnąć z powrotem te wszystkie aktywności. Istniejącym obiektom nadamy funkcje kulturalne. Oczywiście uzupełnimy jej nowymi budynkami. W ten sposób powstanie rozwiązanie wpisujące się w łódzką tradycję i jednocześnie unikalne w skali światowej. Ważna będzie wspólna przestrzeń, czyli rynek. A dworzec kolejowy umożliwi szybkie połączenie z Warszawą.

Spektakularna architektura jest w stanie przyciągnąć do miasta turystów, tak się stało w przypadku Bilbao.

- To, co estetyczne, musi być jednocześnie funkcjonalne. Wielu architektów robi projekty, które są po prostu modne. Myślę, że zostałem zaproszony do Łodzi, bo dla mnie nie liczy się moda, tylko jakość, użyteczność, kontekst miejsca.

Dwie gwiazdy światowej architektury Daniel Libeskind i Frank Gehry mają swoje korzenie w Łodzi. Czy mógłby zaproponować im Pan współpracę przy łódzkim projekcie?

- Być zbyt utalentowanym to też niebezpieczeństwo. Daniel Libeskind jest najbardziej problematycznym architektem na świecie. Jego indywidualność prowadzi do nadprzeciętnie ekspresyjnych projektów. Przecież Muzeum Żydowskie w Berlinie to monument, ale nie muzeum. Frank Gehry zaprojektował Muzeum Guggenheima w Bilbao. Powstało coś mocnego, ale przytłaczającego. Człowiek jest zmęczony tą ekspresją, która spada na niego z różnych stron. Ich projekty to manifestacja wyobraźni, ale działają przeciwko miastu. Jeśli Libeskind jednak dostosowałby się i wpisał w architektoniczną ramę, to czemu nie? Daniel, musisz być bardziej zdyscyplinowany - i możesz projektować.

Krytykuje Pan konkursy architektoniczne. Dlaczego?

- Doświadczenie uczy, że konkurs dla tak dużego obszaru prowadziłby do chaosu. I byłby bardzo drogi. Poza tym mało któremu architektowi udaje się zachować szczerość, kiedy wie, kto znajduje się w jury. Przegrałem w 71 konkursach, wygrałem dziesięć, a zrealizowałem trzy projekty. Ale nawet najlepszy architekt nie może zbudować miasta sam. Proponuję, żeby w Łodzi zorganizować konkurs dla 100 studentów, którzy kawałek po kawałku wszystko by zaprojektowali. Z tym systemem mam bardzo dobre doświadczenia. Kiedy pracowałem na Uniwersytecie w Wiedniu, na pierwszym roku proponowałem właśnie takie ćwiczenia. Młodzi ludzie wykonywali je zupełnie inaczej niż 20 lat później.

W Łodzi powstał już jeden rynek, w dawnych zakładach Izraela Poznańskiego. Centrum handlowo-rozrywkowe Manufaktura to największa do tej pory rewitalizacja przemysłowej architektury w Polsce.

- Manufaktura to gigantyczny obiekt. Moim zdaniem ma jednak zbyt wielki rynek. Mógłby pomieścić całą armię i nie ma nic wspólnego z miastem. Normalni ludzie i normalne ulice zostały kilka metrów dalej. Można tam iść, zobaczyć, jak to zostało zrobione i wyobrażać sobie, że się jest w Bostonie, Atlancie albo Las Vegas.

To jak należy budować miasta?

- Inspirujcie się tradycją miasta, jego skalą i wypełniajcie ubytki. Architektura to sztuka stosowana. W 80 albo nawet w 90 procentach ma chronić życie, wspierać wspólnotę i pozostawiać miejsce na indywidualność. Człowiek powinien się z nią identyfikować. To brzmi banalnie, ale domy zaczynają się od tak normalnych rzeczy jak dobrze zaprojektowana klamka. Kiedy byłem dzieckiem, moja miejscowość została zniszczona przez Amerykanów i musieliśmy ją szybko odbudować. Pamiętam, jak rzemieślnicy pracowali nad każdym fragmentem budynku, nad kamieniarką i oknami. Widzieć, jak powstaje budynek, to najlepsza szkoła dla architekta, jaką sobie można wyobrazić.

Zwraca Pan uwagę nie tylko na funkcjonalność, ale podkreśla, jak ważna jest praca w zgodzie z kontekstem miejsca i jego historią.

- Większość moich prac tuż po studiach to były miasta, które trzeba było naprawić po zniszczeniach wojennych. Mój wiedeński profesor powtarzał, że praca nad miastem jest jak cerowanie dywanu. Trzeba odtworzyć rodzaj wełny i jej fakturę tak, żeby dziury nie było widać. I można to przyjąć jako zasadę w budowaniu miasta.

Sięga Pan chętnie do tradycji europejskiej architektury, opiera się na sprawdzonych typach budynków i fasad. Czego możemy się nauczyć od starych mistrzów?

- Największą tragedią pionierów współczesności takich jak Le Corbusier było to, że chcieli wymyślić miasto na nowo. To tak jak wymyślanie koła, nie można go przecież wymyślić jeszcze raz. Miasto jest po prostu miastem. Poza tym technika budowania w ostatnim stuleciu była krótkoterminowa. Po 20-30 latach większość domów najchętniej by się wyburzyło, często rozpadają się same. Dlatego wzoruję się na konstrukcjach z przeszłości. Tradycja tak szybko się nie starzeje.

Powtarzając, że "okno to okno, a drzwi to drzwi", tworzy Pan "normalną" architekturę?

- Nie zawsze zbieram pozytywne opinie. Za moją koncepcję przestrzeni w środku mieszkania, z którą łączą się pozostałe pomieszczenia, zostałem skrytykowany. Usłyszałem, że jest powodem zbyt wielu kłótni w rodzinach. Np. kiedy dzieci urządzają zabawę, a rodzice chcą mieć spokój.

Dlaczego zaprojektował Pan tak niewiele wysokich budynków?

- W Niemczech ciągle wyburzamy wieżowce, bo ludzie się z nich wyprowadzają. Radzę wysoko nie budować. Czasami - ze względu na ceny parceli - nie da się inaczej. Kiedy tysiące ludzi umieszcza się w wyizolowanych wieżowcach, powstaje przeciążenie. W okolicy trzeba zadbać o zdrowie, mieć gdzie zrobić zakupy, coś zjeść. Kiedy wewnątrz jest tysiąc osób, to jest wśród nich przypuszczalnie sto matek, które coś muszą zrobić z dziećmi w czasie pracy. Te socjalne problemy trzeba rozwiązywać w ramach dzielnicy. Tak regularnie wszystko rozplanować, żeby powstało samowystarczalne miasto w mieście, w którym ludzie nie będą musieli się martwić, jak odebrać dzieci z odległej szkoły.

Taka wizja architektury jest bardzo humanitarna.

- Kiedy robi się dom dla trzystu rodzin, to nie jest już dom. Kiedyś byłem z wizytą u przyjaciół, którzy mieszkają w domu zbudowanym przez Le Corbusiera. Na pożegnanie machali nam z okna latarką, żeby pokazać, że są zagubieni gdzieś na 15. piętrze. W XX wieku rozwój miasta przybrał okropny kierunek. Technikę masowego budownictwa mieszkaniowego importowano z Francji na Wschód, a komunizm na swoim idealistycznym podłożu całkowicie zniszczył indywidualność. Pomogli to zrealizować pionierzy modernizmu. Ludzie nie są masą, są jednostkami.

Rob Krier (ur. 1938 roku w Grevenmacher) luksemburski architekt i urbanista, był czołowym przedstawicielem nurtu postmodernistycznego w architekturze, potem włączył się w ruch Nowego Urbanizmu. Studiował w Monachium, pracował m.in. u wirtuoza przestrzennych konstrukcji Freia Otto. Wykładał w Stuttgarcie i Lozannie, był profesorem na Uniwersytecie Technicznym w Wiedniu i na Uniwersytecie Yale. Od 1993 roku z Christopherem Kohlem prowadzi biuro architektoniczne z siedzibą w Berlinie. Znany stał się po wydaniu książki "Stadtraum" ("Przestrzeń miejska") z 1975 r. opisującej, jak rekonstruować zniszczone struktury urbanistyczne i "leczyć rany" w tkance miejskiej. Krier był odpowiedzialny za duże projekty planistyczne w całej Europie, sukcesy odnosił zwłaszcza w krajach Beneluksu i w Niemczech. Na zaproszenie łódzkiego biznesmena Andrzeja Walczaka i twórcy festiwalu filmowego Camerimage Marka Żydowicza, którzy z amerykańskim reżyserem Davidem Lynchem założyli Fundację Sztuk Świata, Krier przyjechał do Łodzi, rozpoczynając debatę o kształcie nowego centrum miasta.