Być jak hrabia Donnersmack

Są drogie, wymagają ogromnych nakładów finansowych i wiele pracy. A jednak ludzie pałace kupują. Pytanie - po co?
Kto chce cieszyć się z posiadania pałacu powinien mieć po pierwsze górę pieniędzy, po drugie sporo fantazji. Pieniędzy z pewnością nie brakowało hrabiemu Guido, twórcy potęgi rodu Donnersmacków, dziewiętnastowiecznych śląskich przemysłowców. Fantazję też musiał mieć, bo za jego czasów rodzina pałaców miała sporo. Największy, w Świerklańcu, nie bez przyczyny nazywany był Małym Wersalem. Hrabia Guido postanowił wybudować go zainspirowany tym, co widział podczas pobytu we Francji. Po wspaniałej budowli, ograbionej najpierw przez Armię Czerwoną, a później zburzonej w latach sześćdziesiątych przez władze PRL został tylko niewielki fragment, Pałac Kawalera. Nadal stoi natomiast siedziba drugiego wielkiego rodu śląskich przemysłowców - Ballestremów. Pałac w Pławniowicach przypomina bajkowy zamek i przywodzi na myśl wizje szalonego króla Bawarii, a nie przemysłowe budynki Górnego Śląska.

Prawidła, które sprawdzały się w dziewiętnastym wieku, sprawdzają się także na początku dwudziestego pierwszego. Bez pieniędzy i pozytywnego nastawienia niewiele zdziała się w tej branży. - Nikt, kto nie ma odpowiedniej fantazji nie kupi pałacu - uważa Adam Urbuś, pośrednik w handlu nieruchomościami historycznymi.

Trudno się z nim nie zgodzić, jeśli przyjrzy się historii pałacu w Kaletach, kupionego w 2006 roku przez bytomskiego przedsiębiorcę, właściciela hurtowni elektrotechnicznej, Andrzeja Gawkowskiego. Gawkowski chciał zdywersyfikować działalność i stworzyć w tej położonej kilkanaście kilometrów od Tarnowskich Gór miejscowości luksusowy hotel. Według niego ustronne miejsce nad jeziorem, położone w lasach nadleśnictwa Koszęcin na taki interes nadaje się znakomicie. Z wielkich planów wyszło jednak niewiele. Pałac wystawiony jest na sprzedaż. - Zmieniły się warunki rynkowe - tłumaczy prezes.

Czy rzeczywiście powodem była tylko zmienna sytuacja gospodarcza? Prezes Gawkowski ocenia koszty remontu pałacu w Kaletach na 1,5 do 2 mln zł. Według Adama Urbusia koszt restauracji metra kwadratowego takiej budowli to 3-4 tys. zł. Sam pałac też nie jest tani. Może kosztować kilkaset tysięcy, ale jeśli jest w dobrym stanie jego cena może sięgnąć kilku milionów. Przeznaczony do remontu pałac w Lubaszczu koło Nakła, o powierzchni 1196 m2 kosztuje niecałe 1,2 mln zł. Pałac w Rusinowej w Wałbrzychu, o powierzchni 5 tys. m2 wraz z ośmioma oficynami wyceniono na 4,7 mln zł. Budynki są jednak w dobrym stanie.

W przypadku pałacu myśliwskiego hrabiego Donnersmacka już w chwili wpisania go do rejestru zabytków, stopień zużycia oceniono na 70%. Kiedy kupił go Gawkowski, brakowało około 10m2 dachu. Przez kilkanaście lat do wnętrza lała się woda powodująca gnicie elementów drewnianych. Co więcej, odkąd pod koniec II wojny światowej Niemcy wywieźli z pałacu wszystkie ruchomości, nikt tak naprawdę o budynek nie dbał. W czasach PRL-u mieścił się w nim Zakład Transportu Leśnego. Na piętrze znajdowały się biura, na parterze - warsztaty. W warsztatach do tej pory stoją fundamenty po ogromnych obrabiarkach. W 1991 roku pałac dostał się w ręce firmy remontującej ciężki sprzęt transportowy. Z tego czasu zostały porozrzucane po całej posesji opony, części samochodowe i pojemniki z olejem. - Od trzech lat nasi pracownicy metr po metrze przekopują działkę wywlekając z ziemi wszystkie śmieci - mówi Gawkowski.

Kiedy bytomski przedsiębiorca wszedł w posiadanie pałacu wiedział o nim tylko tyle, ile mógł zobaczyć. - Nie było ani jednego papierka, ani jednego zdjęcia, ani żadnego innego dokumentu dotyczącego terenu i obiektu - mówi Gawkowski - Zachowało się jedno zdjęcie sprzed wojny - na pocztówce. Poza tym - nic, zero. Dopiero teraz, po trzech latach od kupna niezbędna do remontu dokumentacja została odtworzona. Na ukończeniu jest projekt kosztorysu niezbędnego do remontu. Ale do osiągnięcia zamierzonego stanu brakuje jeszcze wiele. Nic dziwnego, że po trzech latach ciężkiej pracy chce się pałacu pozbyć.

To, co nie udaje się prywatnemu biznesowi, wychodzi księdzu Adrianowi Worbsowi, dyrektorowi ośrodka formacyjnego diecezji gliwickiej. Ośrodek znajduje się w odremontowanym pałacu w Pławniowicach, tym samym, który sto kilkanaście lat wcześniej był siedzibą potężnych Ballestremów. Po 1945 roku w budynku znajdował się żeński klasztor i biura administracji spółdzielni rolnej. Dopiero w 1993 roku, dzięki energii księdza Krystiana rozpoczął się remont obiektu. Wymienione zostały wszystkie najważniejsze elementy konstrukcyjne, naprawiono elewacje i fundamenty. Wypielęgnowany park sprawia wrażenie, jakby trwał w takim stanie od końca dziewiętnastego wieku. Co ważne, prace realizowane są ze środków pozyskanych specjalnie na ten cel - dotacji, darowizn i dzięki zaangażowaniu wiernych. Pałac, który w początkach lat dziewięćdziesiątych niewiele różnił się od tego w Kaletach, dzisiaj przyciąga uwagę. Tym bardziej, że można się tam nie tylko pomodlić, ale też posłuchać koncertu czy wziąć ślub w pałacowej kaplicy.

Działalność księdza Worbsa ma charakter długofalowy, żeby nie powiedzieć - wieczny. Jednak rynek pałaców jest zupełnie inny. Jak przyznaje Adam Urbaś, rządzi nim przede wszystkim moda. O ile jednak dziewiętnastowieczni i starsi budowniczowie wzorowali się na istniejących budowlach z zachodu, obecni nabywcy korzystają z bardziej prozaicznych inspiracji. - Wiele zależy od tego, co akurat pokazuje telewizja - zauważa Urbuś - Jeśli jest seria filmów, w której pojawiają się dworki, to one są popularniejsze wśród kupujących. Kto kupuje pałace? Nie ma reguły. Jeszcze kilka miesięcy temu kontrahentami Adama Urbusia były firmy, takie jak bytomska Elgra. Teraz wśród kupujących więcej jest osób prywatnych. - Kupują ludzie wracający zza granicy - Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych - mówi Urbuś.

Co z pałacem zrobić mogą firmy, do niedawna główni klienci Adama Urbasia? Mogą, tak jak planowała Elgra, przerobić pałac na hotel, spa czy inne miejsce odpoczynku. Ale mogą też iść w zupełnie inną stronę i zamiast na wypoczynek, postawić na pracę. W Chorzowie Batorym jeszcze w latach dziewięćdziesiątych stała willa, która mogła być kolejnym przykładem postpeerelowskiego zaniedbania. Dzisiaj wygląda imponująco. Siedzibę ma w niej firma Zarmen, działająca w branży metalowej. To za jej pieniądze budynek odrestaurowano zgodnie z najlepszymi zasadami tej sztuki. Ozdobą willi jest witraż ze szkła dostarczonego przez amerykańską firmę Tiffany i zaprojektowany przez Ryszarda Scheina. W rozmowie z lokalnym tygodnikiem Chorzowianinem prezes zarządu firmy, Zbigniew Koncewicz przyznawał, przywrócenie budynku do właściwego stanu nie było łatwe. - Historycznego piękna nie odda żadna współczesna budowla - mówił. Miłość władz firmy do starych budynków najwyraźniej trwa, bo od kilku miesięcy remontuje położony kilkaset metrów dalej budynek dawnego laboratorium Huty Batory.

Według informacji śląskiego wojewódzkiego konserwatora zabytków, pałaców wpisanych do rejestru obiektów zabytkowych jest 80. Trudno powiedzieć, ile z nich należy do osób prywatnych - takich rejestrów nie prowadzi się. W wielu funkcjonują - tak jak w przeszłości - instytucje społeczne, domy dziecka i spokojnej starości, szpitale i uzdrowiska. Część jest odrestaurowana, część nadal straszy, jak budynek w Kaletach czy inna z posiadłości Donnersmarcków - w Siemianowicach Śląskich. Dlatego z miejsc takich, jak willa w Chorzowie Batorym dawni właściciele byliby pewnie zadowoleni. Tym bardziej, że przynoszą zyski swoim właścicielom, a o te Donnersmarckowie i Ballestremowie dbali w szczególności.