Inwestorzy z Chin, którzy w ostatnich latach napędzali rynek nieruchomości w Dubaju i Abu Zabi, gwałtownie wstrzymali transakcje. Jak informuje serwis Yicai, eskalacja konfliktu w regionie zmieniła euforię w postawę wyczekującą, a niektórzy właściciele rozważają szybką wyprzedaż.
Rynek nieruchomości w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, będący dotychczas jednym z najszybciej rozwijających się sektorów w gospodarkach wschodzących, mierzy się z nagłym wyhamowaniem zainteresowania ze strony kluczowej grupy nabywców. Chińscy inwestorzy, przyciągani dotąd wysokimi stopami zwrotu z wynajmu oraz ułatwieniami wizowymi, w obliczu ostatnich wydarzeń militarnych w regionie przyjęli strategię "czekaj i obserwuj".
Jak relacjonuje Wang Yani, brokerka działająca na rynku w Dubaju w rozmowie z serwisem Yicai, nastroje uległy gwałtownej zmianie po atakach z końca lutego. Część klientów, którzy byli blisko finalizacji transakcji, zaczęła się wahać, a inni dopytują o możliwość zakupu lokali po okazyjnych cenach od osób, które w panice decydują się na wyjście z inwestycji. – W krótkim terminie pojawiło się poczucie niepewności – przyznaje Wang Yani, dodając, że choć niektórzy inwestorzy obawiają się, iż nie udźwigną obecnej sytuacji politycznej, większość woli wstrzymać się z decyzjami przez najbliższe tygodnie.
Zanim doszło do obecnego napięcia, rynki w Dubaju i Abu Zabi przeżywały okres bezprecedensowego wzrostu. Chińscy obywatele decydujący się na relokację do Zjednoczonych Emiratów Arabskich zazwyczaj szybko decydowali się na zakup własnego lokum. Głównym powodem był dynamiczny wzrost stawek czynszów, które według relacji inwestorów cytowanych przez Yicai, rosły w tempie od 20 do 30 proc. w skali roku.
Przykładem takiej strategii jest historia Shen Anran, która w sierpniu ubiegłego roku nabyła apartament w Abu Zabi. Jak wskazuje, w jej sąsiedztwie blisko połowa mieszkańców to osoby pochodzące z Azji Wschodniej, co potwierdza masowy charakter napływu kapitału z tamtego regionu. Obecnie jednak Shen utknęła w Pekinie po odwołaniu lotów do Emiratów. Mimo przymusowego pobytu w Chinach, inwestorka zachowuje umiarkowany optymizm, wierząc, że stabilizacja w Abu Zabi zostanie wkrótce przywrócona, choć przyznaje, iż nikt nie przewidywał wciągnięcia kraju w sferę bezpośredniego konfliktu.
Atrakcyjność regionu dla kapitału z Chin kontynentalnych oraz Hongkongu budowała nie tylko koniunktura, ale i specyficzne regulacje. Teresa Chan z List Sotheby's International Realty Hong Kong wskazuje w rozmowie z Yicai na kluczowe czynniki: brak podatku od zysków kapitałowych oraz dochodowego, możliwość uzyskania długoterminowych wiz powiązanych z zakupem nieruchomości, a nawet opcję płatności kryptowalutami. To wszystko sprawiło, że Chińczycy znaleźli się w pierwszej trójce największych grup zagranicznych nabywców w Dubaju i na drugim miejscu w Abu Zabi.
Obserwacje pośredników wskazują na ciekawą zmianę pokoleniową wśród nabywców. Jeszcze kilka lat temu, w okolicach 2018 roku, dominowali klienci z południowych miast Chin, takich jak Kanton czy Shenzhen, pracujący głównie w handlu zagranicznym i finansach. Przeważały kobiety w wieku od 30 do 40 lat, które wybierały mniejsze nieruchomości inwestycyjne. Wraz z wygasaniem pandemii profil ten ewoluował w stronę młodszych przedsiębiorców oraz kadry zarządzającej.
Obecnie na rynku coraz częściej pojawiają się trzydziestolatkowie związani z nowymi mediami oraz sektorem walut cyfrowych. Ich budżety inwestycyjne są znacznie wyższe, często liczone w milionach dirhamów, a zainteresowanie koncentruje się na prestiżowych lokalizacjach w centrach miast. Według danych przekazanych przez Wang Yani, liczba chińskich klientów odwiedzających Dubaj w celach inwestycyjnych podwoiła się w ubiegłym roku w porównaniu z okresem wcześniejszym.
Obecny impas stawia jednak pod znakiem zapytania kontynuację tego trendu w 2024 roku. Eksperci rynkowi podkreślają, że rynek nieruchomości na Bliskim Wschodzie stał się papierkiem lakmusowym nastrojów globalnego kapitału. Jeśli niepewność geopolityczna potrwa dłużej, "wyczekiwanie" może zmienić się w trwały odpływ inwestorów w stronę bezpieczniejszych przystani, co byłoby odczuwalne dla lokalnych deweloperów, przyzwyczajonych do stałego dopływu gotówki z Azji.